menu
:: Strona główna
:: Cala ja
:: Opowiadania
:: Kocia galeria








Strona w sieci od
12 V 2005 r.





Zagłosuj na moją stronę:

Najlepsze

strony o literaturze - RANKING Wszystko co zwiazane z pisarstwem strony o literaturze i poezji

Zniknięcie lady Viltort

Ray przejechał przez otwartą bramę i zostawił samochód na wysypanym żwirem podjeździe. Uderzając kołatką, ściskał przez cały czas w ręce list, który otrzymał poprzedniego dnia poranną pocztą.

Gdyby nie to, że został zaproszony, czy lepiej to ujmując, zażądano jego przyjazdu, przestałby się dobijać do drzwi i zwyczajnie wróciłby do samochodu.

W końcu jednak niezbyt porządnie ubrana pokojówka wpuściła go do środka.
- Chciałem się zobaczyć z lady Viltort.

Dziewczyna, mająca na oko nie więcej niż dwadzieścia lat, niechętnie zaprowadziła go do salonu i poprosiła by zaczekał. Przez cały ten czas bacznie mu się przyglądała. Bała się go zostawić samego, w obawie o drogocenne srebra i dzieła sztuki, musiała jednak w jakiś sposób przywołać swoją panią. W końcu zdecydowała się i wyszła z salonu.

Ray z rozbawieniem stwierdził, ze kieszenie jego marynarki mogłyby bez większych przeszkód pochłonąć któryś z drogocennych drobiazgów, które naprawdę robiły wrażenie i zapewne kosztowały majątek.

Po kilku bardzo długich minutach pojawiła się wreszcie pani Viltort. Była to wysoka i niezgrabna kobieta. Miała zapewne trzydzieści kilka lat. Ciemne włosy spięła w niewielki kok. Jej oczy nie wyrażały żadnych emocji, a usta były zaciśnięte w wąską linię. Miała na sobie prostą, szarą sukienkę. Nie zdobiła jej żadna biżuteria ani nawet delikatny makijaż.
- Pani Viltort? - zapytał Ray.
- Panna Viltort - rzuciła tamta sucho i z wyrzutem. - Panna Victoria Viltort - powtórzyła dobitnie.
- Musiała zajść jakaś pomyłka. Chciałem rozmawiać z panią Vanessą Viltort.
- Z moją siostrą na pewno się pan nie zobaczy. Nie pozwolę, by niepokoił ją jakiś podejrzany typ. Poza tym już od dawna nie posługuje się ona panieńskim nazwiskiem. Sześć lat temu poślubiła Baltasara Clarksona - powiedziała jednym tchem, uprzedzając kolejne pytania.
- Mam podstawy, by przypuszczać, że coś jej grozi - wyjąkał.

Ray dopiero teraz zrozumiał, kim jest lady Viltort. Autorka listu była żoną jednego z najbardziej wpływowych ludzi w kraju, bankiera i potentata naftowego, dodatkowo zasłużonego w wojnie. Podała panieńskie nazwisko, żeby uniknąć jakichkolwiek uprzedzeń ze strony Sparrowa. Poprosiła go o pomoc, a teraz on został odprawiony z kwitkiem. Nie zamierzał się jednak zbyt łatwo poddać.
- Otrzymałem od niej list, w którym prosiła mnie o pomoc... - nie zdążył jednak dokończyć.
- Proszę natychmiast opuścić ten dom. Nie życzę sobie, aby niepokoił mnie lub moją siostrę jakiś nieokrzesany cudzoziemiec.
- O ile dobrze wiem, panie pochodzą z Francji, nie są, więc rodowitymi Anielkami - rzucił z sarkazmem i podążył do wyjścia. Nie zamierzał się dłużej narzucać.

Zamierzał zapomnieć o całej sprawie, ale nie potrafił. Zaintrygowało go zachowanie panny Viltort. Opuścił teren posiadłości i udał się na poszukiwanie gospody, w której mógłby znaleźć nocleg. Nie było to zbyt trudne, chociaż stara, gruba kobieta, która wręczyła mu klucz do pokoju, nie ukrywała swojej podejrzliwości.

Ray zamknął za sobą drzwi, ściągnął z włosów czarną tasiemkę i zmierzwił je ruchem ręki. Marynarkę rzucił na oparcie krzesła, rozpiął koszulę i położył się na łóżku. Zamyślił się. Został odprawiony z kwitkiem. Nie pozwolono mu nawet zobaczyć się z interesującą go osobą. Panna Viltort zapewne podejrzewała, ze kłamał mówiąc o liście. Ray odniósł w pewnym momencie wrażenie, że się go wystraszyła. Za wszelką cenę chciała się go pozbyć. Posunęła się nawet do użycia całkiem bezsensownego argumentu, dotyczącego jego pochodzenia.

W trakcie obiadu ułożył plan działania na wieczór. Musiał zdobyć kilka informacji na temat życia sióstr Viltort. Kiedy młoda kelnereczka podała mu zamówione danie, poprosił by na chwilę się do niego przysiadła.
- Przepraszam, ale jestem w pracy - powiedziała z żalem.
- Zapłacę za cenny czas. Niech panienka siada. Czy zna panienka siostry Viltort? - zapytał wsuwając jej w dłoń banknot.

Zawahała się, ale w końcu schowała banknot i spojrzała na niego odważniej.
- Nikt ich nie zna. Słyszałam, że we Francji były zwykłymi wieśniaczkami. Tutaj udają wielkie panie. Myślą, że jak się ma pieniądze, to się jest innym człowiekiem. I jeszcze te tytuły. Nie należą się jej, ani jemu. Sir Baltasar i lady Vanessa Clarkson - nie kryła pogardy i ironii w swoim głosie. Widząc zainteresowanie Ray’a, kontynuowała. - Wątpię, żeby znalazł pan kogoś, kto je widział. Nie opuszczają swojego domostwa. Proszę poszukać ich pokojówki, Mimi. Mieszka w białym domu graniczącym z terenem posiadłości. Reszta służby tak jak i gospodynie, nie opuszcza dworu.

Sparrow wydawał się być usatysfakcjonowany. Cała ta sprawa coraz bardziej go intrygowała. Uznał, ze otrzymany przez niego list, upoważnia go do wszelkiego rodzaju działań, nawet jeśli nie zobaczył się z jego autorką. To właśnie jej odnalezienie postawił sobie za cel. Tylko i wyłącznie ona mogła go odprawić.

Późnym wieczorem wybrał się na spacer. Odnalezienie białego domu nie było trudne. Gromadka brudnych urwisów biegała po podwórku robiąc ogromny hałas. Ujadały psy, a ścigany kot, miaucząc przeraźliwie, wspinał się na drzewo.

Ray dopiero, gdy ujrzał przy studni młodą, niezgrabną dziewczynę, stanął przy furtce. Wcześniej nie miał odwagi wkraczać w samo epicentrum walk plemiennych. Kiedy upewnił się, że odnalazł właściwą osobę, przeszedł do sedna sprawy, co było o tyle trudne, ze Mimi nie grzeszyła inteligencją. Przyglądała mu się swoimi dużymi, krowimi oczami, jakby nie wiedziała, o czym do niej mówił.

Dopiero widok banknotów rozjaśnił jej w głowie. Ray stwierdził, że jeśli przyjdzie co do czego, to zażąda bardzo wysokiego honorarium. Informacje, które uzyskał były jednak warte straconych pieniędzy. Musiał je jednak najpierw sam przetworzyć, żeby nabrały jakiegokolwiek sensu, bo ustach Mimi były tylko bezmyślną paplaniną.

Sir Baltasar wcale nie był kochającym mężem, a lady Vanessa szczęśliwą małżonką. Panna Viltort okazała się być domowym tyranem, który kieruje wszystkim i do spółki z szanownym bankierem tłamsi młodszą siostrę. Pani Clarkson żyła w areszcie domowym. Mąż nie interesował się nią wcale, dbał tylko o to by nie sprawiała mu żadnych problemów.

Co bardziej interesujące wyjechał kilka tygodni temu, nie zostawiając wiadomości na temat miejsca swojego pobytu. Nikt tez nie wiedział, kiedy wróci. Jakieś trzy dni temu znikła też jego żona. Panna Viltort, sprawująca od samego początku honory pani domu, utrzymywała, że jej siostra pojechała do męża, spełniając przy tym obowiązki sumiennej i oddanej małżonki.

Ray nie był zadowolony z tego, co usłyszał. Oznaczało to, że nie zdążył. Lady Viltort liczyła na jego pomoc, bo wyczuwała, że coś jej grozi, on jednak zawiódł. Mimi przyznała się wreszcie, że Vanessa kilka dni temu poprosiła ją o wysłanie w tajemnicy pewnego listu. Przynajmniej jedna sprawa została wyjaśniona.

Po nocy spędzonej w niewygodnym, skrzypiącym łóżku, Sparrow postanowił wrócić do Londynu. Tutaj nie miał już niczego do zrobienia. Musiał uruchomić inne źródła, aby dowiedzieć się wszystkiego na temat państwa Clarkson. Najpierw jednak chciał się wyspać i zjeść porządne śniadanie.

Zadzwonił do swojego przyjaciela ze Scotland Yardu i zaprosił go na popołudniową herbatę, a potem poprosił by go nie budzono.

Walenie do drzwi wyrwało go z błogiego stanu uśpienia. Poderwał się z łóżka.
- Howard, do licha! Gdzie twoje dobre maniery?! - zapytał widząc inspektora. - Powiedziałem po południu. Czyżby któryś z twoich posterunkowych znowu nie zrozumiał tego, co miał ci przekazać? Bądź łaskaw zaczekać na mnie na dole.

Maroon, uśmiechając się pod nosem, zszedł po schodach i rozsiadł się w wygodnie w przestronnym salonie. Poprosił o herbatę i w oczekiwaniu na przyjaciela zapalił cygaro. Za każdym razem, kiedy odwiedzał to miejsce zastanawiał się, po co Ray’owi tak duży dom. Usytuowana na przedmieściach Londynu edwardiańska rezydencja była zdecydowanie za duża dla młodego kawalera. Poza tym jej utrzymanie musiało kosztować majątek.

W końcu gospodarz pojawił się w salonie. Poprosił Evelyn o kawę i wyjął z papierośnicy cienkiego papierosa. Nie lubił cygar, ani fajki. Nie lubił też herbaty, angielskiej mgły, zimnych nocy i mdłego jedzenia. Jego gospodynią była starzejąca się Włoszka o imieniu Irene, która doskonale go rozumiała i potrafiła zaspokoić każdą jego zachciankę.

Ray opowiedział inspektorowi historię listu i jego autorki, ale ten nie wykazał zbyt dużego zainteresowania całą sprawą.
- Sądzę, że nie powinieneś się mieszać. Według mnie ona pojechała do męża, a izoluje się od wiejskiej społeczności, bo ma do tego prawo. Prawo pieniądza. Poza tym pewnie nie zna angielskiego. Nie możesz w każdej kobiecie widzieć uciśnionej niewiasty, czekającej na twój ratunek. Trochę zdrowego rozsądku.
- Nie przekonasz mnie. Jeśli możesz mi wyświadczyć przysługę, to sprawdź, czy macie w swoich aktach coś na temat szanowanego Baltasara Clarksona. Chciałbym też wiedzieć wszystko na temat banku, którego jest zarządcą.

Sparrow nie dawał się tak łatwo zniechęcić. Nie miał praktycznie żadnych podstaw do prowadzenia jakiegokolwiek śledztwa, ale jego intuicja mówiła mu, że warto się zająć tą sprawą i że lady Viltort naprawdę potrzebuje pomocy.

Podczas gdy Maroon zachwycał się aromatem herbaty, Ray sączył mocną, czarną kawę z dodatkiem koniaku. To był napój, który w każdej sytuacji stawiał go na nogi i pomagał w myśleniu. Jak na razie udało mu się wymyślić listę rzeczy, których powinien się dowiedzieć.

Zaczął od zebrania informacji na temat lady Viltort. Sir Baltasar zawsze występował publicznie w towarzystwie żony. Była ozdobą wielu przyjęć i uroczystości. Wysoka, szczupła, może nawet odrobinę za bardzo, o kruczoczarnych włosach, delikatnych rysach i pięknych, ciemnych oczach.

Ray’owi udało się porozmawiać z wieloma osobami, które spotkały ją osobiście. Wszyscy zgadzali się, jeśli chodziło o opinię na jej temat. Biegle władała francuskim i angielskim, mówiła też trochę po niemiecku. Była niezwykle oczytana i inteligentna. Można z nią była rozmawiać na każdy temat. Rzadko się jednak uśmiechała. Stroniła od żartów i beztroskich zabaw. Zupełnie, jakby nadal nosiła żałobę po rodzicach.

Baltasar Clarkson swoją pozycję osiągnął zaraz po wojnie. Miał już wtedy u swojego boku piękną i młodą żonę. Był od niej dwadzieścia cztery lata starszy. Walczył razem z jej ojcem i był świadkiem jego śmierci. Henry Viltort poprosił go, aby przekazał córkom wiadomość o tym, co go spotkało.

Clarkson wracał w chwale należnej żołnierzowi zwycięskich wojsk. Vanessa olśniła go swoją delikatną urodą. Poza tym była sierotą. Pani Viltort zmarła pół roku wcześniej, nie mogąc znieść trudów i ograniczeń wojny.

Do Anglii Vanessa pojechała już jako narzeczona Clarksona. Jej siostra pełniła w tym czasie rolę przyzwoitki i damy do towarzystwa. Wkrótce szanowny małżonek zrobił fortunę i stał się jednym z najbardziej poważanych obywateli.

Wielu twierdziło, że nigdy nie kochał swojej młodej żony, aczkolwiek darzył ja ogromnym szacunkiem. Była mu ona niezbędna do uzupełnienia wizerunku człowieka sukcesu. Kiedy został sir Baltasarem wszystkie salony stanęły dla niego otworem.

Jego wizerunek uzupełnił inspektor Maroon. Clarkson pochodził z dobrze sytuowanej, angielskiej rodziny z tradycjami. Sukcesy podczas wojny stanowiły początek jego dobrej passy. Nabyte jeszcze przed światowym konfliktem akcje zyskały nagle na wartości i wyniosły go na stanowisko w zarządzie jednego z największych banków. W krótkim czasie stał się właścicielem pól roponośnych i kopalni diamentów, przynoszących ogromne zyski.
- Mam jeszcze coś na jego temat. Przyznam się szczerze, że i mnie to zainteresowało. Zarząd banku wykrył jakiś czas temu drobne nieprawidłowości w księgach. Przypuszcza się, że w niewyjaśnionych okolicznościach znikły pewne kwoty pieniędzy. Są to informacje nieoficjalne. Zarząd prowadzi własne śledztwo. Zbiega się to w czasie z niezapowiedzianym wyjazdem sir Clarksona - zakończył znacząco inspektor, zaciągając się cygarem.

Ray słuchał tego wszystkiego siedząc na fotelu w pozie zmęczonego artysty. Jego włosy swobodnie opadały na ramiona, a niedopięta koszula nie sprawiała najlepszego wrażenia. Maroon zdążył się już jednak przyzwyczaić do tych nieangielskich nawyków swojego przyjaciela.

Ray’owi nie w głowie były teraz krawaty i dżentelmeńskie maniery. Minął już ponad tydzień od jego rozmowy z panną Viltort, a on nie zdziała jeszcze nic. Sprawa znikających pieniędzy mogła się okazać punktem zaczepienia, jednak wcale nie musiała. Clarkson był na tyle bogatym człowiekiem, ze nie musiał się łakomić na bankowe aktywa. To nie miałoby sensu.

Poza tym wizerunek lady Viltort nakreślony przez bywalców przyjęć pasował do tego, co sam sobie wyobraził. Młoda kobieta zamknięta w rezydencji na prowincji i siostra Cerber. Vanessa nie miała żadnego zajęcia poza dokształcaniem się. Wszystkich innych obowiązków i przyjemności została pozbawiona. Nic dziwnego, że podczas wystąpień u boku męża była niezwykle poważna, a czasami nawet sprawiała wrażenie zmęczonej i głęboko nieszczęśliwej.

Inspektor posądziłby oczywiście w tym momencie Ray’a o przesadny sentymentalizm i romantyzm, jednak do tego też zdążył się już przyzwyczaić. Bowiem pod płaszczykiem uczuciowych rozterek krył się chłodny i logiczny umysł, który potrafił łączyć ze sobą fakty i otrzymywać wnioski, od których już tylko krok był do rozwiązania zagadki.

Młody detektyw amator lubił afiszować się ze swoim emocjonalnym podejściem do sprawy. Wtedy wszyscy brali go za niegroźnego młodzieńca zakochanego w każdej kobiecie, którą napotkał na swojej drodze.

Ray rozważał możliwe scenariusze. Lady Viltort mogła rzeczywiście pojechać do męża. Mogła też uciec w obawie o swoje życie. Ostatnia możliwość była najgorsze. Porwanie.

Jeśli zaszła pierwsza ewentualność, nawet przy użyciu siły, to wysiłki Ray’a były całkowicie bezpodstawne. Nie mógł ingerować w pożycie małżeńskie, nawet nieszczęśliwe. Jeśli uciekła, co w tak dobrze strzeżonej twierdzy jest prawie niemożliwe, to musiałby się zgłosić prawdopodobnie do kogoś ze swoich przyjaciół, a ich tutaj nie miała. Trzecia możliwość natomiast nie była zbyt optymistyczna, poza tym była równie trudno wykonalna, co ucieczka.

W końcu Ray postanowił odwiedzić bank, a potem przy odrobinie szczęścia posiadłość Clarksona.

Okazało się, że pozostali członkowie zarządy nie mieli pojęcie, gdzie podziewa się sir Baltasar. Czyniono różne przypuszczenia, głownie uważano, że pojechał nadzorować wydobycie ropy lub diamentów. Zaskoczenie tym nagłym zniknięciem nie było jednak tak duże, jak można się było spodziewać. Clarkson już wcześniej znikał niezapowiedzianie, zazwyczaj po otrzymaniu jakiejś ważnej depeszy dotyczącej jego interesów. Zrozumiałe było, ze jeśli udał się, do któregoś z tych trudnych do lokalizacji na mapie miejsc, to list może dotrzeć do Londynu po kilku tygodniach. Jeśli w ogóle dojdzie.

Po dłuższych negocjacjach udało się Ray’owi zobaczyć biuro sir Baltasara. Zastępca dyrektora banku po tym, jak wysłuchał barwnej historii o porwaniu lady Viltort, był gotów służyć każdego rodzaju pomocą w jej odnalezieniu. Dopiero wtedy tez pozwolił sobie na ujawnienie swoich osobistych uwag i podejrzeń.
- Wie szanowny pan, teraz sprawdzamy starsze księgi. To będzie straszne dla naszego banku, jeśli okaże się, ze ktoś nas okradał od samego początku. Gdyby nie ten nowy, młody księgowy nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. To naprawdę straszne. Myśleliśmy, że to zupełnie niedoświadczony młodzieniec, ale on okazał się prawdziwą perłą. Kiedy pomyślę sobie, że wahałem się z zatrudnieniem go... To doprawdy mógł być największy błąd w moim życiu. A do tego jest taki pracowity, zachowuje się jakby mógł tu zamieszkać...

Ray udawał, ze tylko pobieżnie przegląda rzeczy znajdujące się w biurze. W popielniczce zauważył resztki spalonego papieru. Na szczęście dostrzegł niewielki urywek kartki, nadpalony ze wszystkich stron. „... twoja ostatnia szansa...” udało mu się odczytać. Człowiek obdarzony wyobraźnią mógłby to uznać za fragment listu zawierającego próbę szantażu. Ray posiadał bardzo bujną wyobraźnię, więc nie potrzebował zbyt wiele czasu by dojść do takiego właśnie wniosku.
- Czy nikt tu nie sprząta - zapytał, spoglądając jeszcze raz na wypełnioną popielniczkę.
- Podczas nieobecności sir Baltasara - nie. Sprzątaczka zawsze przychodzi rano, gdy on już jest w biurze. Wychodząc, zamyka on biuro i nikt już do niego nie wchodzi.

Kiedy stwierdził, ze już niczego ciekawego nie znajdzie, poprosił zastępcę dyrektora, aby w razie pojawienia się jakichś informacji od sir Baltasara, natychmiast go poinformował. Tymczasem udał się do tej samej gospody, w której nocował poprzedniego tygodnia. Ta sama kelnereczka podała mu kolację.

Tym razem przysiadła się bez zaproszenia i przekazała mu kilka słów konspiracyjnym szeptem.
- Tak sobie pomyślałam, że to może pana zainteresować. Zawsze w książkach detektywi pytają o różne dziwne i niecodzienne rzeczy, no i cos takiego mi się chyba przypomniało. Kilka tygodni temu pojawiła się tutaj pewna młoda para. Oni tez wypytywali o siostry Viltort, ale bardziej interesował ich Baltasar. Chodzi o to, że oni pojawili się tutaj w środę, ta przed pana przyjazdem. Zapamiętałam ten dzień, bo miałam wtedy wolne. To na pewno była środa. Wie pan, tutaj rzadko ktoś przyjeżdża. Zazwyczaj trzeba mieć jakiś konkretny interes, żeby zaglądnąć do tej dziury. Poza tym on... ten chłopak wyglądał, jakby dopiero wrócił z Afryki.

Ray przyglądał się kelnereczce z rosnącym zainteresowaniem. Zastanawiał się nad jej zamiarami. Gdyby nie była taka ładna pewnie gotów byłby ją zatrudnić. Odruchowo sięgnął po portfel. To śledztwo zdecydowanie za dużo go kosztowało.
- To na koszt firmy - rzuciła wstając i uśmiechnęła się do niego promiennie.

Czy informacja ta była przydana, czy też nie, Ray postanowił ją zapamiętać. Tego wieczoru musiał załatwić jeszcze jedną rzecz. Niby przypadkiem wyszedł na spotkanie Mimi.
- Witam panienkę. Czy wiadomo cos na temat sir Baltasara, albo lady Vanessy?
- Nie - odpowiedziała i zaczęła się wpatrywać w czubki swoich zakurzonych pantofli.
- Mam do ciebie jedno pytanie Mimi. Czy panna Viltort wyjeżdża czasem na zakupy, albo do przyjaciół, do lekarza? - wymieniał z nadzieją w głosie.

Dziewczyna przez dłuższą chwilę nie odrywała wzroku od swoich butów, uparcie przy tym milcząc. Widocznie nie mogła spać po nocach, po tym jak wyjawiła Ray’owi tajemnice życia w domu Clarksonów. Na pewno też poszła się od razu wyspowiadać. Chyba jednak nie dostała zbyt dużej pokuty, bo w końcu przemówiła.
- Panna Viltort w każdą środę, gdy nie ma sir Baltasara, jeździ do Londynu. Czasem przywozi jakieś sprawunki, ale nie zawsze. Kucharka ma wtedy wychodne - wyjąkała wreszcie Mimi.

Ray zadowolony z uzyskanych informacji wrócił do gospody i udał się do swojego pokoju. Nie mógł usnąć, bo łóżko było za małe, a w dodatku przeraźliwie skrzypiało. Cały czas zastanawiał się, jak przekonać tę małą, głupią krowę, by wprowadziła go do posiadłości i pozwoliła przeszukać gabinet sir Baltasara. Miał na to dwa dni.

Perswazja słowa połączona z pieniężną w końcu przekonały Mimi do udzielenia niezbędnej pomocy Ray’owi. Gdyby zażądała ślubu, prawdopodobnie w akcje desperacji, zgodziłby się. Miał już dość skrzypiącego łóżka, podejrzliwej gospodyni i bezczynnego czekania.

Sparrow wszedł niezauważony na teren posiadłości i skierował się do drzwi dla służby. Mimi już na niego tam czekała. Dom był pusty. Druga pokojówka skończyła właśnie wypełniać swoje obowiązki i była we własnym pokoju w domku dla służby.

Gabinet sir Baltasara stanął przez Ray’em otworem. Część szuflad biurka była zamknięta, więc je Ray zostawił sobie na koniec. Przejrzał pobieżnie zgromadzone przez Clarksona dokumenty, nie znalazł jednak nic ciekawego. Oficjalne pisma i urzędowe listy również go nie interesowały. Popiół z popielniczki i z kominka został usunięty, więc nie było nadziei na znalezienie jakichś interesujących niedopałków.

W końcu zabrał się do otwierania zamkniętych szuflad. W pierwszej z nich znajdował się nabity rewolwer. Czyżby sir Baltasar obawiał się o swoje życie? Druga z szuflad zawierała to, co Ray oczekiwał znaleźć. Anonimowe listy z pogróżkami. Po dokładnym ich przestudiowaniu Sparrow stał się niewiele mądrzejszy. Wyciąganie wniosków postanowił zostawić na później. Mimi i tak była już wystarczająco zdenerwowana.

Niezwykle z siebie zadowolony Ray mógł wreszcie opuścić gospodę i wrócić do własnego domu i wygodnego łóżka. Tym razem jednak nie dzwonił od razu do inspektora, ani tez nie kładł się spać. Poprosił Kiarę o mocną kawę, rozsiadł się wygodnie w fotelu, zapalił papierosa i zaczął myśleć. Postronny obserwator stwierdziłby zapewne, że pan domu sobie przysnął.
- Dzwonił jakiś człowiek i prosił, żeby przekazać, ze sir Baltasar Clarkson jest w Afryce. Dwa dni temu ten człowiek otrzymał od niego list z tą informacją.

Ray’a nie zdziwiła to wiadomości. W pewnym sensie spodziewał się tego. Nawet jeśli się wyjeżdża w popłochu, to potem trzeba nadać swojej ucieczce pozory normalności. Zwłaszcza jeśli można to zrobić w sposób nie zwracający niczyjej uwagi.

Aktualnie najważniejsza była kwesta anonimów. Ich autor pisał o sobie w liczbie mnogiej, trudno było więc wywnioskować, czy był mężczyzna czy kobietą. Co prawda w jednym z pierwszych listów było napisane „...pamiętasz na pewno Dorothy...” ale to raczej wskazywało na przedmiot szantażu niż na autora. Szanowny sir Baltasar musiał coś uczynić biednej Dorothy i teraz ona lub ktoś, kto o wszystkim wiedział usiłował to wykorzystać.

W wielu miejscach przewijało się słowo „zadośćuczynienie” nigdzie nie była jednak podana żadna kwota.

Być może Ray nie widział wszystkich listów. Jeden z nich został na pewno zniszczony w biurze w banku. Nie było wiadomo, czy ktoś go tam podrzucił, przysłał, czy przyniósł. Pierwsza możliwość wskazywała na pracownika, druga i trzecia na kogokolwiek.

Zirytowany Ray zapalił kolejnego papierosa i wyszedł do ogrodu. Wcale nie stał się mądrzejszy dzięki tym kilku nieprzespanym nocom. Musiał jeszcze zdobyć tak wiele informacji. Postanowił zacząć od banku i obejrzenia listu z Afryki.

Zastępca dyrektora był tak samo miły i uczynny jak poprzednio. Jakieś zmartwienie nie dawało mu jednak spokoju. Ray zapoznał się z treścią. Było to jedynie kilka zdań. Żadne z nich nie zawierało nawet wzmianki na temat lady Viltort. Stempel pocztowy był rozmazany, a koperta, papier i znaczek dostępne zarówno w Anglii jak i w angielskich koloniach.
- Cóż pana tak trapi? Czyżby zakończyło się już śledztwo? - zapytał w końcu.
- Ach nie i pewnie prędko się nie zakończy. Ten młodzieniec, który to wszystko odkrył, gdzieś znikł. Wczoraj nie pojawił się w pracy. Tak po prostu. Bez żadnego uprzedzenia. Co ja teraz zrobię? On mógł być takim dobrym pracownikiem - zastępca dyrektora wzdychał co chwila żałośnie, zupełnie jakby utracił cenny klejnot.
- Czy mógłby mi go pan opisać?
- Nazywał się Alan Peters. Miał dwadzieścia siedem lat. Wysoki, szczupły, miał ogorzałą twarz i ciemne włosy. Wrócił niedawno zza granicy. Po jego ruchach i postawie dało się poznać, ze najprawdopodobniej służył gdzieś na południu jako żołnierz.
- Dziękuję. Bardzo mi pan pomógł - mężczyzna przynajmniej na chwilę rozpromienił się słysząc te słowa, zaraz jednak na jego twarzy ponownie pojawił się wyraz zatroskania.

Jakiś tam Alan Peters wraca zza granicy i zaczyna robić zamieszanie. Zatrudnia się w banku i od razu wykrywa nieprawidłowości w księgach. Do tego, co najmniej jeden z anonimów został dostarczony Clarksonowi bezpośrednio do biura.

W wiejskiej rezydencji również pojawia się tajemniczy młodzieniec, wyglądający jakby dopiero wrócił z ciepłych krajów. Zbieg okoliczności? Co ciekawsze, ponownie zjawia się tam w środę. W tę właśnie środę, kiedy znika lady Viltort. Znowu zbieg okoliczności?

Ray poszedł prosto do Scotland Yardu. Odnalazł Maroona i wyłożył mu krótko i zwięźle wszystkie fakty. Tym razem inspektor był mniej sceptyczny.
- Mój drogi. Wiesz dobrze, ze to może oznaczać wszystko albo i nic. Jeśli przyjąć, że odkryłeś drugie dno tej całej sytuacji, to powinieneś się spieszyć, bo lady Viltort może grozić ogromne niebezpieczeństwo. Czemu ty u licha cały czas używasz jej panieńskiego nazwiska?
- Tak mi się przedstawiła w liście. Poza tym nie mogę sobie jej wyobrazić jako żony Clarksona. Musze się dowiedzieć, co takiego zrobił ten drań. Prawdopodobnie miał to miejsce przed wojną. Zamiast cały czas ze mnie ironizować, mógłbyś mi pomóc w znalezieniu kogoś, kto go wtedy znał.
- To akurat nie będzie takie trudne. Wedle moich informacji ma przyrodnią siostrę, z którą do momentu wojny utrzymywał zażyłe stosunki. Teraz mieszka ona gdzieś na północy hrabstwa Yorkshire. Postaram się podać ci zaraz dokładny adres - powiedział inspektor i wyszedł z biura.

Ray mądrzejszy o tę i inne uzyskane tego dnia informacje położył się spać. Następnego dnia wybrał się na poszukiwanie niejakiej Ruth Green, która w czasie wojny powiększyła zastęp wdów po lotnikach.

Kiedy wreszcie zatrzymał się przed malutkim domkiem i kolorowymi, jak z bajki okiennicami, zorientował się, że nie ma pojęcia od czego zacząć. Jego myśli w czasie podróży zaprzątało coś zupełnie innego, niż rozmowa z Ruth.

Drzwi otworzyła mu niezbyt wysoka kobieta o okrągłej twarzy z dołeczkami w policzkach. Od razu zauważył podobieństwo do Clarksona. Nie wiedziała, gdzie jest jej brat. Po wojnie zerwał z nią wszelkie kontakty.
- Panie Sparrow, nie mam pojęcia, czego pan ode mnie oczekuje. Obawiam się, że przyjechał pan na marne. Baltasar wplątywał się, w co tylko mógł. Gdy zabrakło ojca, który tuszowałby jego wybryki, nadeszła wojna, która była dla niego wybawieniem. Mógł wyjechać i wrócić potem jako bohater - zakończyła niezbyt życzliwie.
- Chodzi mi o kobietę o imieniu Dorothy. Tylko tyle. Proszę mi pomóc. Ja tylko chcę odnaleźć żonę pani brata. Jego postępki mnie nie interesują.
- Tę małą Francuzeczkę? - roześmiała się nerwowo. - Trafiło się ślepej kurze ziarno - Ray nie wiedział, czy to stwierdzenie odnosiło się do Vanessy, czy do Baltasara. - Dorothy... To imię z czymś mi się kojarzy. Proszę chwilę zaczekać.

Po chwili wróciła niosą w ręce kopertę. „Pierwszy jego list z wojny” powiedziała. Sparrow wyjął złożoną na czworo, zapisaną dużym pismem kartkę i przebiegł wzrokiem kolejne akapity. Nad jednym zatrzymał się dłużej.

[...]

Gdyby pojawiła się u Ciebie kobieta imieniem Dorothy, nie dawaj wiary jej słowom. Nachodziła mnie ona od pewnego czasu i obawiam się, ze teraz może zacząć nękać Ciebie. Odpraw ją, jak tylko się pojawi.

[...]


- Pojawiła się. Miała dwadzieścia sześć lat i była w ciąży. Wbrew temu, co napisał Baltasar, wysłuchałam jej i co gorsza uwierzyłam, ze to naprawdę on był ojcem tego dziecka. Nie spotkałam jej nigdy później. Nie wiem, co się z nią stało. Zapomniałam o niej. Miałam tyle swoich problemów... - zamilkła i spojrzała na zdjęcie stojące na kominku. Przedstawiało mężczyznę w mundurze lotnika. - To nie była partia dla niego, więc po raz kolejny uciekł od odpowiedzialności.
- Czy pamięta pani może jej nazwisko?
- Niestety. Mieszkaliśmy wtedy w Ashford, małej wiosce na północy Devonu. Na pewno wiele się tam nie zmieniło.

Ray podziękował za informacje, herbatę i udał się w drogę powrotną. Była późna noc, gdy dotarł wreszcie do Londynu. Z zamkniętymi oczami doszedł do swojej sypialni i położył się spać w ubraniu. Obudził się przed południem i to tylko dzięki nachalnym promieniom słońca wpadającym przez niezasłonięte okno.

Poprosił Kiarę o śniadanie, albo obiad, albo cokolwiek. Było mu wszystko jedno. Na domiar złego, rano odwiedził go inspektor i zostawił wiadomość, że żaden Alan Peters pasujący do opisu zastępcy dyrektora banku nie istnieje. Podał fałszywy adres i wszystkie inne dane.

Ray zaklął pod nosem i odpalił papierosa. Musiał odnaleźć tajemniczego, młodego wojskowego i kobietę o imieniu Dorothy. Nie miał jednak pojęcia, jak to zrobić. Mógł pojechać do Ashford, licząc na to, ze ona od ośmiu lat tam mieszka. „To jak szukanie igły w stogu siana” pomyślał, ale miał żadnego lepszego pomysłu. Zawsze mógł liczyć, ze spotka kolejną piękną i inteligentną kelnereczkę.

Zaczął się zastanawiać, dlaczego sir Baltasar nie wrócił do Londynu po otrzymaniu wiadomości o porwaniu żony. Dlaczego nie podał tego do publicznej wiadomości, albo chociaż nie zawiadomił Scotland Yardu?

A jeśli nie było porwania? Jeśli Vaness przebywa razem z nim w Afryce? Może strach przed konsekwencjami odkryć dokonanych przez młodego księgowego nie pozwolił mu na powrót do kraju? Może fałszywy Alan Peters szantażował Clarksona? Ze słów Ruth wynikało, że zawsze uciekał on od odpowiedzialności. Czy byłby gotów pozostawić żonę na pastwę hipotetycznych porywaczy i w obawie przed konsekwencjami uciec do Afryki? Ray przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią na to pytanie i stwierdził, ze jest ona jednoznaczna i to na niekorzyść sir Baltasara.

Jednak w najbliższą środę, zamiast jechać do Ashford, pojechał do posiadłości Clarksona. Postanowił podążyć śladem panny Viltort. Ciekawiło go, co też robiła ona w Londynie podczas nieobecności pana domu.

Zastanowiła go ilość zakupów, z jaką Victoria wyszła do Harrodsa. Zamówienie kostiumu ślubnego u krawcowej było również intrygujące, jednak najbardziej zainteresowały Ray’a odwiedziny w kamienicy w centrum Londynu. Zapisał adres i pozwolił wrócić pannie Viltort na wieś. Coś mu mówiło, że już niedługo miała ona zostać drugą panią Clarkson.

Wizyta w Scotland Yardzie i krótka rozmowa z inspektorem Maroonem pozwoliły mu zdobyć interesującą go informację. Właścicielem mieszkania w centrum Londynu był sir Baltasar Clarkson. Teraz pozostawało tylko zdobyć informację, czy szanowny pan ukrywa się tam, czy gdzieś indziej w Anglii, czy też może w Afryce.

Inspektor zapewne nie pochwaliłby metod stosowanych przez Ray’a, który najpierw obserwował mieszkanie, a kiedy upewnił się, że nikt tam nie mieszka, włamał się do środka. Nie znalazł tam jednak niczego, co mogłoby go zainteresować. Meble pokryte były grubą warstwą kurzu, widać było, że nikt z nich nie korzystał od dłuższego czasu. Po jednak odwiedziła je panna Viltort? Ray’owi przyszła na myśl pewna bardzo prawdopodobna możliwość. Poczta.

Sprawdził skrzynkę na listy, jednak była pusta. Postanowił poczekać. Przez następne dni listonosz omijał mieszkanie Clarksona, jednak w końcu zostawił w skrzynce niepozornie wyglądającą kopertę. Mimo braku adresu nadawcy i czytelnego stempla pocztowego, Ray był pewien, że autorem listu był sir Baltasar.

Sparrow wypożyczył kopertę wraz z zawartością i w zaciszu własnego domu delikatnie ją otworzył. Zawarte tam informacje, w obliczu ostatnich odkryć, jedynie potwierdziły przypuszczenia, ale także i najgorsze obawy Ray’a.

Clarkson przebywał gdzieś na wybrzeżu Anglii, prawdopodobnie w hrabstwie Norfolk. Zapewniał Victorię o swoim oddaniu i rychłym powrocie. Wyrażał nadzieję, że na przeszkodzie do ich miłości już nic nie stoi. Powrót swój, jako zbolałego wdowca, chciał jedynie poprzedzić uzyskaniem pewności, że porwanie Vanessy zakończyło się jej śmiercią. Więcej tam było zimnego wyrachowania niż gorącego uczucia.

Ray nie poddał się emocjom do tego stopnia, by zniszczyć list. Zwrócił go w stanie nienaruszonym. Potem przeprowadził chłodną kalkulację, usiłując obliczyć szanse na to, że lady Viltort jeszcze żyje. Wobec braku najmniejszego nawet zainteresowania sir Baltasara żądaniami szantażystów, nie mógł liczyć teraz na zbyt wiele.

Ostatnią nadzieję pozostawała podróż do Ashford. Wyruszył o świcie. Pędził niemal na złamanie karku. Wiedział, że już od dawna może być za późno i że te kilka minut nie zrobi już większej różnicy, jednak ponaglała go chłopięca nadzieja. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby nie zdążyć, że kobiecie, która liczyła na jego pomoc, mogło się coś stać.

Niczym skazaniec idący na stracenie wysiadł ze swojego wozu zatrzymanego przez niewielką gospodą w Ashford. Wiedziała, że jeśli ma się czegoś dowiedzieć, to właśnie tam. Szukał kobiety o imieniu Dorothy, która prawdopodobnie miała dziecko i młodego mężczyzny, który powrócił niedawno z ciepłych krajów. Była to dość osobliwa gromadka, jeśli nadal tam mieszkali, to każdy mieszkaniec wioski powinien wiedzieć, gdzie.

Ray nie przewidział jednak niespotykanego oporu miejscowej ludności. Nikt nie chciał z nim rozmawiać na temat tej tajemniczej trójki. Nawet młode kelenereczki, zarówno te piękne i inteligentne, jak i te nie grzeszące urodą i mądrością. Zrezygnowany przemierzył całą wioskę wzdłuż i wszerz. Nie trafił na żaden ślad.

Wtedy coś sobie przypomniał. Ruth mówiła mu o dalekiej kuzynce, która być może nadal mieszkała w Ashford. To była jego ostatnia nadzieja. Odnalazł właściwy adres i zapukał. Otworzyła mu kilkunastoletnia dziewczyna.
- Dzień dobry. Czy zastałem Mary Austen?
- Proszę chwilę zaczekać.

Drobna blondynka o subtelnej urodzie znikła w głębi domu. Po chwili do Ray’a wyszła kobieta około czterdziestki. Na jej zmęczonej twarzy było widać nikłe ślady zainteresowania. Nie zamierzała zaprosić gościa do środka. Sparrow poczuł, że potrzebna mu będzie reklama i że będzie musiał być konkretny.

Krótko opowiedział o wizycie u Ruth i przedstawił swoją prośbę.
- Ruth pisała do mnie o panu. Gdyby nie to, nie usłyszałby pan ode mnie ani słowa - przez jej twarz przemknął grymas bólu. Ray chciał jakoś zareagować, ale kobieta machnęła ręką. - Jestem chora, Ruth pewnie myślała, ze już nie żyję, jednak zdążył pan.

Bez dalszych wstępów i uprzejmości podała mu informacje, o które prosił. Ray odzyskał nadzieje i pewność siebie. Odnalazł poszukiwany dom. Przez dłuższą chwilę stał niezdecydowany przed furtką. Ot, zwykły, mały domek z ogródkiem pełnym kolorowych kwiatów i kotem wygrzewającym się w trawie.

Usłyszała głosy dwojga ludzi. To wyrwało go z zamyślanie. Nacisnął klamkę i wszedł na alejkę prowadzącą do wejścia. Kobieta i mężczyzna, którzy wyszli zza rogu domu spojrzeli na niego z zainteresowaniem.
- Kim pan jest? - zapytał ostro młody mężczyzna. Był wysoki i szczupły. Ciemne włosy miał krótko przystrzyżone. Na pierwszy plan wysuwała się jednak ciemna opalenizna i wojskowa postawa.
- Nazywam się Raymond Sparrow. Przyjechałem, czy nic nie grozi lady Viltort.

Kobieta struchlała na dźwięk tego nazwiska. Wsparła się na ramieniu mężczyzny i przymknęła powieki.
- Nie wiem, o kim pan mówi. Musiał pan pomylić adresy. Proszę natychmiast opuścić to miejsce, bo zadzwonię po policję.
- A ja zadzwonię do Scotland Yardu. Nie ukrywajmy rzeczy oczywistych, prawda Dorothy?

Kobieta zbladła jeszcze bardziej. Młodzieniec jednak wydawała się być całkowicie opanowany.
- Jakim prawem nas pan nachodzi i niepokoi? Czy moja siostra lub ja jesteśmy o coś podejrzani? Czy ma pan w ogóle prawo czegokolwiek od nas żądać?
- Drogi panie Alanie Peters, bo tak się pan przedstawia niektórym...
- Proszę natychmiast się wynosić!

Być może dyskusja ta trwałaby do wieczora, gdyby przez furtkę nie wbiegła młoda, czarnowłosa kobieta w towarzystwie roześmianej dziewczynki. Ray był pewny, z kim ma przyjemność.
- Lady Viltort? - zapytał dla pewności.

Nie była to ta sama kobieta, co na zdjęciach w prasie. Pogodna, radosna, z zaróżowionymi policzkami i rozwianymi przez wiatr włosami. Miała na sobie prostą, skromną sukienkę, a w ręce trzymała słomkowy kapelusz. Spojrzała spłoszona na młodzieńca.
- Pan Sparrow, prawda? Jednak mnie pan odnalazł - w jej głosie pobrzmiewało raczej rozczarowanie niż radość. - Jerry i Dotorthy są dla mnie tacy dobrzy. Nie uwierzyłby pan, w to, co się wydarzyło.

* * *

- Wyobraź sobie Howard, że uwierzyłem. Clarkson miał z Dorothy córkę, jednak wolna pozwoliła mu uciec od odpowiedzialności. Jerry McCunninghan służył w Indiach, a potem w Afryce i wrócił przed kilkoma miesiącami. Razem z siostra ułożył plan zemsty na sir Baltasarze. Usiłowali go szantażować listami, jednak nie dało to żadnych efektów. Zagrozili porwaniem żony, zbył to milczeniem. Wyjechała na wakacje na wybrzeże. Kiedy Vanessa została uprowadzona, czekał, aż ją zabiją. Wtedy wróciłby i poślubił, z czystego wyrachowania oczywiście, jej siostrę. Nie mógł grac rycerze ratującego małżonkę w obawie przed wyjściem na jaw niezbyt chlubnych faktów ze swojej przeszłości, wolał więc siedzieć cicho i czekać aż wszystko rozwiąże się samo.
- A co ze zniknięciem tych pieniędzy w baku?
- Jerry przyjął się tam do pracy jako Alan Peters. Bardzo możliwe, że sfałszował księgi, aby mieć czym szantażować Clarksona, uważam jednak, że nie posunąłby się aż tak daleko - Ray uśmiechnął się znacząco. - Namówiłem Vanessę, aby jednak podczas rozwodu zażądała części majątku. Trudno było ją do tego przekonać, ale w końcu się udało. W końcu nie samą miłością żyje człowiek.
- Czyli, ze ona... - Maroon spojrzał pytająco na Ray’a.
- Tak przyjacielu, została więźniem miłości. Sądzę, że ona i Jerry McCunninghan pobiorą się, jak tylko będzie to możliwe.

Copyright by czarrna
2005-2009