menu
:: Strona główna
:: Cala ja
:: Opowiadania
:: Kocia galeria




Strona w sieci od
12 V 2005 r.






Ostatnia aktualizacja
12 XI 2009 r.





Zagłosuj na moją stronę:

Najlepsze

strony o literaturze - RANKING Wszystko co zwiazane z pisarstwem strony o literaturze i poezji

W niezwykłych okolicznościach

Blanka wyszła ze szpitala na zalaną październikowym słońcem ulicę. Nie miała ochoty wracać do domu. Zamiast na przystanek tramwajowy skierowała kroki do parku. Kilka dni słonecznej i ciepłej jesieni sprawiło, że drzewa pokryły się chmurą żółtych i pomarańczowych liści. Tak rzadko znajdowała czas, by cieszyć się czymkolwiek. Sytuacja w domu, kiepska praca, choroba, skutecznie odbierały jej radość życia.

Na szczęście wyniki badań były w miarę dobre, więc mogła nadal normalnie żyć z nadzieją, że znajdzie się dawca nerki.

Tak bardzo pragnęła zmian. Siedząc na ławce, obserwowała bawiące się dzieci i emerytów spacerujących pod rękę. Ani jedno, ani drugie nie było jej pisane.

Czy tego chciała, czy nie, musiała wrócić do domu, wziąć leki, przyszykować się do pracy. Wiedziała, że nie znajdzie tam ani minuty spokoju. Siostra już wróciła z pracy, Marlenka ze szkoły, a Wojtuś przed północą na pewno nie zmruży oka.

Wdrapała się na czwarte piętro, zostawiając za sobą czar jesiennego popołudnia.
- Blanka, to ty?! - głos matki powitał ja jeszcze zanim przekroczyła próg. - Nie rozbieraj się. Zejdź do sklepu po śmietanę. Zabrakło mi do ogórkowej.

„No tak, ulubiona zupa Moniki, która jeszcze nie wróciła do domu, bo pewnie poszła szwendać się po Manu z koleżankami z pracy.” - pomyślała Blanka zatrzaskując za sobą drzwi i po raz kolejny pokonując cztery piętra. Jej siedmioletnia siostrzenica nie mogła oczywiście zejść do sklepu. Po co skoro ciotka na pewno marzyła o dodatkowych spacerach.

Blanka miała dwadzieścia siedem lat. Nie widziała dla siebie żadnej szansy na przyszłość. Skończyła zaocznie filologię niemiecką, zdała certyfikat z angielskiego na poziomie zaawansowanym, ale od pięciu lat pracowała w zakładzie produkcyjnym. Od czasu do czasu trafiały się zlecenia na tłumaczenia, więc zamiast odsypiać zmianę ślęczała nad komputerem.

Raz na jakiś czas rozglądała się za pracą w zawodzie. Może nawet znalazłoby się coś dla nauczyciela dwóch języków obcych jednak jeżdżenie od szkoły do szkoły, żeby uzbierać pełen etat było ponad jej siły, a o pracę w biurze nie było tak łatwo. Planowała zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, jednak od kiedy zachorowała, nie miała na to pieniędzy. Były inne, pilniejsze wydatki.

Myślała, że złe samopoczucie, nadpobudliwość, drżenie rak, brak apetytu to wynik stresu i przepracowania. Przygotowywała się do obrony magisterium, pracowała na trzy zmiany. Kiedy jednak po pozytywnie zakończonym egzaminie i odespaniu kilku nocy objawy przemęczenie zamiast ustąpić, nasiliły się, Blanka postanowiła iść do lekarza. Zanim zdążyła to zrobić, trafiła do szpitala. Diagnoza była szybka i jednoznaczna - przewlekła

niewydolność nerek. Była młoda, silna, zdrowa, więc rokowania były dobre. Wiedziała jednak, że do życia potrzebne będą dializy. Stawianie się trzy razy w tygodniu na kilka godzin w szpitalu było nie do przyjęcia. Musiała pracować, teraz już nie tylko po to, by mieć na rachunki, ale przede wszystkim na leki.

Udało jej się dostać od szpitala na kilka miesięcy cykler do dializy otrzewnowej. Dało jej to trochę czasu. Wypłaciła z konta wszystkie swoje oszczędności, pożyczyła pieniądze od matki, od przyjaciółki z pracy i dzięki zaangażowaniu znajomych trafiła do ludzi, którzy po udanym przeszczepie nerki u dziesięcioletniego syna mieli do odsprzedania urządzenie, które pozwoliłoby jej normalnie żyć.

Niektórzy nazwaliby ja na pewno szczęściarą. Miała w końcu dom, pracę, a choroba nie spędzała jej snu z powiek. Wszystko było łatwe, zbyt łatwe. Może dlatego, że jej życie było tak naprawdę trudne i smutne, więc los postanowił przyjść jej z pomocą i ułatwić chociaż to jedno.

Kiedy po raz kolejny tego dnia pokonała cztery piętra, z ulga zamknęła za sobą drzwi pokoju. Nie lubiła pracy na noce. Musiała potem spędzić cały dzień w domu, a odespanie zmiany było o tyle kłopotliwe, że albo hałasowały dzieci, albo musiała wysłuchiwać awantur między siostrą i szwagrem. Czuła się wtedy naprawdę chora.

Niestety wizyta kontrolna wypadła akurat po trzech przepracowanych nocach i doktor Michałowicz, widząc swoją pacjentkę, która wyglądała gorzej niżby na to wskazywały wyniki badań, chciał ją przyjąć na kilka dni do szpitala. Stanowczy protest nie zdziwił go. Znał już Blankę na tyle dobrze, że potrafił przewidzieć taką reakcję.

Dziewczyna z westchnieniem ulgi usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Była zmęczona. Czuła się niepotrzebna, a przez to, cały wysiłek, jaki podejmowała, też wydawał się daremny.

<< >>

Janek spędził kolejną noc przy łóżku żony. Nie przypomniała tej wspaniałej kobiety, którą była jeszcze przed kilkoma tygodniami.

Pewnej nocy obudził ją ostry ból brzucha. Jan podejrzewał zapalenie wyrostka robaczkowego. Pojechali do szpitala, gdzie potwierdziły się jego przypuszczenia. Rankiem już była operowana. Pewna ręka męża nacięła skórę brzucha. Doktor Rajski już od dawna nie wykonywał tak rutynowych operacji, jednak Maja była jego żoną, a on był najlepszy.

Kiedy siedział przy niej na sali pooperacyjnej był jak najlepszej myśli. Zabieg przebiegł szybko i bez komplikacji. Uśmiechnął się do żony, widząc, że otwiera oczy. Ostatnio tak mało czasu spędzali razem. Był ordynatorem oddziału chirurgii w największym szpitalu w mieście, a do tego prowadził prywatna praktykę. Maja pracowała jako reaktor miesięcznika dla pań i głowę zawsze miała zaprzątniętą kolejnym wydaniem czasopisma. Janek postanowił, że jak tylko wypisze ją ze szpitala, wyjadą gdzieś na kilka tygodni.

Gdy zobaczył żonę na stole operacyjnym i pomyślał, że mógłby ja stracić, że mogłaby z poważniejszego powodu trafić pod nóż, praca stała się nagle mało znacząca. Uprzytomnił sobie, jak rzadko przy niej bywał i postanowił to nadrobić.

Jeszcze tego samego wieczoru Maja zaczęła się skarżyć na ból nie do wytrzymania. Dołączyła do tego wysoka gorączka. Janek musiał popełnić błąd, wiedział o tym. Zapalenie otrzewnej nie pojawiało się samo z siebie.

Koniczna była kolejna operacja. Nie przyniosła ona już tak optymistycznych rokowań.

Duże dawki silnych antybiotyków powoli zwalczały infekcję, ale Maja nie odzyskiwała sił. Zawsze była pełną życia, energiczną kobietą, a teraz z trudem sięgała po dłoń męża. Janek pomyślał, że może tylko w jego oczach była taka silna.

Sepsa. Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Taki ciąg powikłań po rutynowym zabiegu nie był normalny, jednak nie niemożliwy. Tysiąckrotne analizowanie szczegółów zabiegu nie przyniosło odpowiedzi na żadne z pytań, a stan Majki pogarszał się z każdym dniem.

Kiedy największe zagrożenie minęło, Janek nie miał powodów do radości. W wyniku sepsy rozwinęła się niewydolność wielonarządowa i chociaż udało się antybiotykami opanować zakażenie, to jednak organizm nie był w stanie się zregenerować. Podłączona do maszyn podtrzymujących funkcje życiowe Maja gasła.
- Zabiłem ją... - powtarzał Jan, jak w amoku.

Nie bywał w domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywał w szpitalu i to nie na spełnianiu obowiązków zawodowych. Nie odchodził od łóżka żony. Nie chciał słuchać tych, którzy sugerowali, że powinien pozwolić jej odejść. Nie było już przecież nadziei.
- Jest. Przeszczep wielonarządowy.
- Janek, z całym szacunkiem, ale czy ty zwariowałeś? - zapytał zdziwiony doktor Jarzębski, kardiolog, ale przede wszystkim długoletni przyjaciel.
- Nie, mówię poważnie. Jeśli znajdzie się dawca...
- Człowieku jesteś chirurgiem, jednym z najlepszych, posłuchaj sam siebie przez chwilę. Sepsa doprowadziła u Majki do niewydolności serca, płuc, wątroby i nerek. Chcesz jej wymienić wszystkie organy? Wiesz, że zawsze stałem po twojej stronie, ale teraz, uważam, że moim obowiązkiem jest dać ci do zrozumienia, że posuwasz się za daleko. Nawet jeśli jakiś transplantolog porwie się na taka operację, to pomijając fakt, że jest ona niemożliwa, Majka jej po prostu nie przeżyje.

Michał spoglądał na przyjaciela i obawiał się, że wypowiedziane przed chwilą słowa nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Próbując za wszelką cenę naprawić popełniony błąd zatracił zdolność oceny i weryfikowania rzeczywistości. Nieogolony, w pomiętym fartuchu i z nienaturalnie błyszczącymi oczami, krążył myślami gdzieś daleko.

<< >>

Blanka z ulgą zamknęła oczy. Miała przed sobą kilak godzin snu. Marlenka zajmująca łóżko po drugiej stronie pokoju oddychała równo, przykryta po samą brodę kołderkę w kwiatki.

Mieszkanie należało do matki, więc miała do własnej dyspozycji jeden z małych pokoi. Drugi zajmowała Blanka z siostrzenicą, a trzeci - duży, siostra z mężem i trzyletnim synem.

Właśnie zakończyła się kolejna awantura o to, że Marka całymi dniami nie ma domu, że dzieci nie wiedzą, jak wygląda ojciec, a Monika musi sobie ze wszystkim radzić sama. Co prawda trudno było określić z czym dokładnie, ale Blanka nie wtrącała się. I tak miała już dosyć tego, że z góry była zaangażowania w ich życie. Musiała załatwiać wszystko to, do czego jej siostra nie miała głowy.

Matka zajmowała się dziećmi. Pilnowała Wojtusia, odbierała Marlenę ze szkoły, dbała o to, by odrobiła lekcje.

Cała szóstka z trudem wiązała koniec z końcem, zwłaszcza odkąd Blanka zachorowała i nie mogła połowy swojej wypłaty oddawać matce. Wszyscy mieli dziwne wyobrażenie o stanie jej portfela i byli przekonani, że sto lub dwieście złotych mniej nie zrobi żadnej różnicy w jej budżecie, a reszcie rodziny przyda się przecież bardziej.

Blanka poszła do pracy, żeby opłacić szkołę, o wszystko musiała zawsze zadbać sama, podczas gdy jej siostra wykazywała wręcz awersje do rozwiązywania jakichkolwiek życiowych problemów. Zawsze brakowało jej pieniędzy, urzędnicy się nią uwzięli, przytrafiało się jej tylko to, co najgorsze, dzieci było rozpieszczone do granic możliwości, bo sobie z nimi nie radziła. Winę zrzucała więc na męża, a obowiązki na matkę i siostrę, podczas gdy sama pogrążała się w lekturze książek Daniel Steel.

Miała tego dosyć. Chciała mieć własny dom, rodzinę, nerkę...

Na początku nie mogła zasnąć z cyklerem podłączonym do cewnika. Bała się, że coś uszkodzi, że zapłacze się w przewody, jednak szybko nauczyła się jakoś sobie radzić z tym nocnym towarzyszem. Zaakceptowała go, bo dawał możliwość normalnego funkcjonowania w dzień.

Jak zwykle nie mogła zasnąć. Lubiła leżeć w łóżku w ciszy i ciemności. Żyła wtedy swoim wyimaginowanym życiem. Urządzała mieszkanie pełne kwiatów, po którym biegała dwójka dzieci i przynajmniej dwa koty i do którego po południu wracał mąż. Czasem ganiła się za te sielankowe wizje, wiedząc, że daje sobie złudna nadzieję. Wszystko było tylko mrzonką, która na krótką chwilę poprawiała humor.

Nie mogła mieć dzieci. Leki i dializy wywoływały zaburzenia płodności. Dopiero po przeszczepie możliwe, choć niezwykle ryzykowne, było planowanie ciąży. Domek z ogródkiem i kotami też nie wchodził w grę. Nie mogła wykonywać prac ogrodowych, kwiaty były ryzykowne ze względy na bakterie glebowe, a koty poza sierścią, były nosicielami toksoplazmozy. Tym sposobem wymarzone życie należało zubożyć o kilka elementów, a to, co pozostawało, niewiele się różniło od tego, co przecież już miała.

Zwykle zasypiała ukołysana marzeniami o lepszym życiu, albo łkając cicho w poduszkę.

Wstawała, gdy było jeszcze ciemno. Zanim jednak wybiła piąta i musiała wyjść na autobus, spędzała najpiękniejsze z całego dnia dziesięć minut na kubkiem parującej kawy. W mieszkaniu było cicho, wszyscy spali, nikt niczego od niej nie chciał. Siedziała przy stole w półmroku, jaki dawała zapalona ścienna lampka i delektowała się spokojem i smakiem kawy. Przez krótkie dziesięć minut była panią domu, była sama, była szczęśliwa.

Czy lubiła swoja pracę i tysiąc dwieście złotych pensji podstawowej? Wiedziała, że stać ją na coś lepszego, ale szukać stałej posady w czasach kryzysu nie miała siły. Była operatorem maszyny, radziła sobie z ludźmi. Miała grupę oddanych przyjaciół, z którymi mogła podzielić się problemami i poprosić o wsparcie. Nie narzekała.

Wiedziała, że taka praca, niekiedy siedem dni w tygodniu, była ponad jej siły, ale tylko dzięki nadgodzinom mogła sobie pozwolić na kupno nowych butów czy zimowej kurtki. Raz trafiła do szpitala, gdy wracając do domu, straciła na schodach przytomność. Doktor Michałowicz przetrzymał ją dłużej niż powinien, bo jak sam powiedział: „Ta uparta dziewczyna zaraz pójdzie do roboty, więc niech odpocznie chociażby pod przymusem.”

Blanka wiedziała, że musi o siebie dbać i wbrew temu, co sądził jej lekarz, lubiła wypoczywać. Gdy tylko świeciło słońce uciekała z domu na długie spacery. Często przesiadywała w parku z książką w ręku i słuchawkami na uszach zatapiając się w świat bohaterów Agaty Christie. Często zabierała ze sobą Marlenę i Wojtka, żeby wyszaleli się na placu zabaw, pod warunkiem, że pozwolili jej w spokoju czytać.

Wielkimi krokami zbliżała się zima i święta Bożego Narodzenia. Blanka już myślała o prezentach, jakie w tym roku położy pod pachnącą, prawdziwą choinkę.

Po pracy miała do załatwienia kilka spraw, więc odespanie nocnej zmiany musiała odłożyć na popołudnie. Przy okazji biegania po mieście postanowiła uważnie oglądać wystawy sklepowe, które już kusiły, aby zrobić świąteczne zakupy.

Wróciła do domu dopiero przez pierwszą. Z ulgą pozbyła się płaszcza i ciężkawej torebki. Kierując się zapachem obiadu od razu weszła do kuchni. Była głodna i zmęczona.
- Kochanie, masz pewnie jakieś pieniądze, weź to i zapłać. Monika nie miała pewnie czasu.

Blanka rzuciła okiem na rachunek. Cały przedświąteczny nastrój szlag trafił w jednej sekundzie.
- Po pierwsze nie mam pieniędzy, a po drugie nie korzystam z jej Internetu. Skoro jest jej niezbędny, to niech sama za niego płaci.
- Monika ma męża i dwójkę dzieci, ma swoje wydatki. Mogłabyś nie być chociaż przez chwilę taka samolubna!
- Nie mam męża ani dzieci, więc nie mam prawa do swoich pieniędzy i wydatków?! Oddałam ci do grosza pieniądze, które pożyczyłaś mi na cykler. Czy ona kiedykolwiek ci coś oddała? Dlaczego to ona jest zawsze tą bardziej potrzebującą?! To ja jestem chora, to mi potrzebne jest wsparcie! Monika gdyby chciała, to ze wszystkim by sobie poradziła, ale tak jest jej łatwiej. Mam tego dosyć!

Blanka wybiegła z domu, trzaskając drzwiami. Przechodnie spoglądali ukradkiem na zapłakaną kobietę idącą chodnikiem. Szła przed siebie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie powinna była krzyczeć na matkę. Od śmierci ojca radzili sobie jak mogli. Żadne z nich nie miało dobrze płatnej pracy, wszyscy borykali się z problemami. Czasami jednak po prostu nie wytrzymywała. Chciała, by jej siostra była bardziej zaradna i jako ta starsza służyła jej wsparciem i pomocą. Było jednak odwrotnie.

Czyjś podniesiony głos wyrwał ją z zamyślenia. Tramwaj zbliżał się do galerii. Nie było sensu jechać dalej. Wysiadła. Najpierw postanowiła coś zjeść, potem pooglądać rzeczy, na które i tak nie miała pieniędzy. Nie chciała wracać do domu. Nie żeby słuchać wyrzutów Moniki, że w tak straszny sposób potraktowała matkę.

Pojechała prosto do pracy. Widać jednak tego dnia miało się już nie wydarzyć nic dobrego. Westchnęła widząc na taśmie trzy nowe osoby, w tym jedną emerytkę. Tego jej była trzeba po nieodespanej nocy. Włączyła maszynę, po raz drugi tłumacząc, co należy robić, jednak wyraz uprzejmego zainteresowania na twarzach nowych zdradzał, że niewiele zrozumiały. „Trudno, może się wdrożą...” - pomyślała i zajęła się wypełnianiem papierów, licząc na to, że jej stałe dziewczyny w razie potrzeby uratują sytuację.

Minęła godzina, a maszyna po raz czwarty stanęła ze zgrzytem.
- Cholera jasna! - zaklęła pod nosem. - Niech panie uważają trochę! - krzyknęła. - Łukasz zobacz, co da się z tym zrobić, bo ja już nie mam siły. Szlag mnie chyba dzisiaj trafi.
- Źle wyglądasz. Wszystko w porządku?
- Też byś tak wyglądał na moim miejscu - uśmiechnęła się.
- Chyba musisz wezwać mechanika. Tak będzie najszybciej. Nie zawadziłoby też wymienić te gwiazdy na kogoś, kto się chociaż trochę przyłoży.

Dziewczyny korzystając z chwilowej przerwy pogrążyły się w rozmowie przerywanej co chwila wybuchami histerycznego śmiechu, a emerytka czym prędzej wybyła do toalety.

Zdenerwowana Blanka rozejrzała się po hali za mechanikiem, jednak nie zdążyła go zawołać. Zakręciło się jej w głowie i upadła na podłogę.

<< >>

- Napędziłaś nam wszystkim stracha - usłyszała, gdy udało jej się otworzyć oczy.

Na krześle obok łóżka siedział Grzesiek, kolega z pracy, operator sąsiedniej maszyny. Wyglądał na niewyspanego i bardzo przejętego tym, co się wydarzyło.
- Kiedy przybiegł kierownik i zobaczył, że to ty, natychmiast wezwał karetkę. Nie wiedziałem, że jesteś chora. Przepraszam, to nie moja sprawa. Ja... może w ogóle nie chcesz, żebym tu siedział.
- Zostań - powiedziała chyba zbyt szybko i uśmiechnęła się.

Nie licząc kierowników zmiany i lekarza niewiele osób, z którymi pracowała, wiedziało, że jest chora. Nie ukrywała tego specjalnie, ale też nie obnosiła się z tym, żeby co mniej życzliwi nie pomyśleli, że wykorzystuje ten fakt, żeby zdobyć jakąś uprzywilejowaną pozycję. Wolała nie wzbudzać żywego zainteresowania tej części pracowników, których głównym zajęciem było plotkowanie.

Grześka lubiła, dogadywali się w pracy, jednak poza nią nigdy się nie spotkali, chociaż mieszkał gdzieś w pobliżu. Był bardzo sympatycznym, choć skrytym człowiekiem, skupionym na wykonywaniu swoich obowiązków.

Było już ciemno, więc Blanka zaczęła się zastanawiać, która godzina. Podniosła się, żeby poszukać telefonu komórkowego, który na pewno musiał gdzieś tu być, jednak chyba zrobiła to zbyt gwałtowanie, gdyż od razu zakręciło się jej w głowie i zakłuło w piersiach.
- W porządku, nic mi nie jest - uspokoiła Grześka z trudem wymawiając kolejne słowa.
- Bardzo niechętnie, ale muszę cię zostawić i iść do pracy, wpadnę jutro, potrzeba ci czegoś?
„Niczego, co można tak łatwo dostać” - pomyślała, a głośno powiedziała:
- Nie, dziękuję.

Grzesiek rzucił jej na pożegnanie uśmiech i zostawił samą. Czuła się źle i wiedziała, że sama jest sobie winna. Zamiast zadbać o siebie, dała się ponieść emocjom, najpierw w domu, a potem w pracy. Bała się, że przyjdzie jej za to teraz drogo zapłacić. Wiedziała, że nie jest dobrze. Cykler był cały czas podłączony do cewnika, wykres EKG przesuwał się po monitorze, płyn z dwóch kroplówek miarowo skapywał do żył.

Nie mogła zasnąć. Kroki ludzi na korytarzy, wiatr za oknem, strach.

Rano pojawił się doktor Michałowicz. Po minie widziała, że nie jest dobrze.
- No i co panna Blanka narobiła? - zapytał ciepłym, przyjaznym głosem i usiadł na łóżku. - Wyniki pozostawiają wiele do życzenia. Nie wypuszczę cię prędko. Nie mogę.

Chciała powiedzieć, że tak wyszło, ale co to była za odpowiedź? Przecież była dorosła i tak powinna się zachowywać.
- Wy, młodzi, myliście, że dopóki nic poważniejszego się nie stanie, to wszystko będzie w porządku. Żyjecie na granicy. Po co? Wiesz, że nie możesz żyć w nieskończoność bez przeszczepu? Że takie wypadki zabierają ci cenne lata? Wiesz, bo wiele razy ci o tym mówiłem. Blanka, jesteś rozsądną dziewczyną... - westchnął, brakowało mu już słów.

Słuchała ze łzami w oczach. Jak miała odpowiedzieć? Czym się usprawiedliwić? Czy w ogóle mogła? „Nie mam nic do stracenia - jakże to dziecinnie brzmi... Boże, od zawsze wydawało mi się, że jestem taka dorosła, musiałam być, bo Monika cały czas jest dzieckiem, więc ktoś musiał być dorosły. Co z tego, że mam rodzinę, skoro jestem sama ze swoimi problemami?”

Doktor Michałowicz zostawił Blankę sam na sam z myślami. Znał jej sytuację, wiedział, że nie jest komfortowa, ale już zrobił wszystko, co mógł.

Przejęta i zatroskana matka pojawiła się w szpitalu przed południem. Poprzedniego dnia, przestraszona telefonem pielęgniarki, spakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy takie jak piżama, szlafrok, kapcie, szczoteczka do zębów. Teraz pomogła się córce przebrać, wypakowała przyniesione jedzenie, zrobiła kawy, bez której Blanka nie potrafiła żyć.
- Monika przyjedzie po pracy, więc jakoś czegoś jeszcze potrzebowała to do niej zadzwoń. Ja muszę już lecieć, zostawiłam Wojtusia u sąsiadki, a Marlenka zaraz przyjdzie ze szkoły. Trzymaj się córeczko. - Pocałowała ją w czoło i wyszła.

Dnie spędzane w szpitalu były wszystkie do siebie podobne, tak samo nudne i jednostajne. Mimo dializ i leków, stan Blanki się nie poprawiał. Czuła się coraz gorzej i nawet psychiczna motywacja niewiele pomagała.

Jedyna osoba, przed którą dziewczyna z całych sił starała się wyglądać zdrowiej niż w rzeczywistości, był Grzesiek. Przychodził codziennie. Czasem rozmawiali godzinami, dopóki nie wyprosiła go pielęgniarka mówiąc, że jest już zbyt późno, albo że pacjentka potrzebuje odpoczynku. Kiedy, nie mogąc zasnąć, Blanka analizowała ich spotkania, dochodziła do wniosku, że bardzo się od siebie różnią i nie mają zbyt wielu wspólnych tematów, a mimo tego dogadują się wspaniale.

<< >>

Mariola w pierwszej chwili nie wiedziała, co się dzieje. Głośny, przenikliwy dźwięk wyrwał ją ze snu i najwyraźniej nie zamierzał ucichnąć. Dopiero po chwili sięgnęła po leżącą na nocnym stoliku komórkę. Spojrzała na wyświetlacz. Jęknęła widząc zdjęcia Błażeja.
- Jest czwarta nad ranem. Powiedz, że zamordowali co najmniej prezydenta, bo jeśli nie, to pożałujesz.
- Niestety, to tylko samobójca, ale może cię zainteresować. Za dziesięć minut będę.

Mariola zawinęła się w szlafrok i spojrzała na męża, który przekręcił się na drugi bok, odruchowo ukrywając oczy przez zapalonym światłem. Teoretycznie nie miała czasu na kawę ani nawet na umycie zębów. Powinna założyć buty i zbiec po schodach, jednak w piżamie i trzewikach nie byłaby chyba zbyt wiarygodna, jako prowadząca śledztwo, więc stwierdziła, że partner poczeka. Wskoczyła szybko w jeansy i marynarkę, załączyła czajnik elektryczny i zniknęła na pięć minut w łazience. Chwilę później zbiegała na dół z kubkiem termicznym w ręce.

Błażej zdążył właśnie zaparkować przed klatką. Mariola zajęła miejsce pasażera, odetchnęła głęboko i pociągnęła łyk kawy.
- A teraz powiedz, dlaczego zerwałeś mnie z łóżka o tej nieprzyzwoitej godzinie.
- Przede wszystkim mamy braki w ludziach i ktoś się musiał tą sprawa zająć, a poza tym narzekasz ostatnio na brak atrakcji, a moja nieomylna intuicja węszy tutaj ciekawy przypadek. - Kwaśna mina partnerki zmusiła go do rozwinięcia wypowiedzi i zareklamowania samobójstwa w jak najatrakcyjniejszej formie. - Pół godziny temu facet zadzwonił na pogotowie i powiedział, że zamierza się zabić i mają jak najszybciej przyjechać. O ile wiem już go zabrali do szpitala.
- Przeżył? Czyżby chociaż raz pogotowie przyjechało za szybko?
- Myślę, że lepiej będzie poczekać, aż znajdziemy się na miejscu.

Mariola już o nic nie pytała. Włączyła radio i sączyła gorącą kawę, dopóki Błażej nie zatrzymał samochodu przed jednym z bloków w centrum miasta. Radiowóz patrolowy stał pod klatką. Umundurowany funkcjonariusz zasalutował i poprowadził ich na drugie piętro do przestronnej kawalerki.
- Pogotowie zabrało już tego faceta. Zrobił z siebie roślinę. Zostawił list zawierający szczegółowe dyspozycje co do swoich dalszych losów. Ci z pogotowia chcieli go zabrać, ale powiedziałem, że jak najszybciej dostarczymy im kopię. Czy mam wezwać techników?
- Na razie nie, rozejrzymy się i zdecydujemy co dalej.

Funkcjonariusz opuścił pokój, a Mariola z zainteresowaniem wpatrywała się w kartki leżące na biurku.

Błażej zabezpieczył strzykawkę i fiolkę po nieznanym mu medykamencie.
- Co wyczytałaś?
- Sama nie wierzę w to, co widzę. Facet stracił chęć do życia, rzuciła go dziewczyna, wylali go z pracy i stwierdził, że chociaż w jeden sposób może się przydać ludzkość. Zabijając się i oddając organy ludziom czekającym na przeszczep. Jak w filmie. Nawet widziałam ostatnio coś takie w kinie. Główną rolę grał Will Smith. Poza listem jest tu oświadczenie woli i odmowa reanimacji i sztucznego podtrzymywania przy życiu dłużej niż to będzie konieczne do pobrania narządów. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Na wszelki wypadek wezwijmy techników.
- Też tam myślę. Niech zajmą się mieszkaniem, a my jedźmy do szpitala.

Mariola nie odezwała się słowem przez cała drogę. Dziwaczne samobójstwo, rodem z Hollywood, sprawiło, że pierzchły resztki snu, a umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach.

Ze znalezionych w mieszkaniu dokumentów dowiedzieli się, że lokator miał trzydzieści dwa lata i nazywał się Janusz Mróz.

Pielęgniarka zaprowadziła ich do lekarza, którzy przyjął niedoszłego samobójcę. Doktor Kubicki jeszcze niedawno musiał być pogrążony w spokojnej drzemce, gdyż cały czas przecierał zaczerwienione oczy. Przyjęcie na oddział intensywnej terapii pacjenta w stanie śmierci klinicznej nie zaprzątnęło jego uwagi w takim stopniu, jak wyrwanych ze snu pracowników wydziału kryminalnego.
- Komisarz Mariola Dębicka i podkomisarz Błażej Stachólec. Chcemy, aby udostępnił nam pan wszelkie możliwe informacje na temat przyjętego przed godziną pacjenta. Nazywa się Janusz Mróz.
- No cóż, na razie niewiele mogę powiedzieć. W zasadzie to bardzo dziwny przypadek. - Lekarz jakby szukał słów, aby w możliwie przystępny sposób wyjaśnić zaistniałą sytuację. - Lek, który zażył doprowadza do nieodwracalnego paraliżu ośrodkowego układy nerwowego, bez natywnego wpływu na narządy, jeśli ich pobranie nastąpi odpowiednio szybko. Poinformowaliśmy już rodzinę oraz zespól transplantologów. Muszę przyznać, że pierwszy raz w mojej długoletniej praktyce spotkałem się z takim przypadkiem. Ten lek jest stosowany rzadko i zazwyczaj w bardzo małych dawkach. Ośmielę się stwierdzić, że trzeba być lekarzem, aby dokonać takiej sztuki, jak nasz samobójca.
- Tego jeszcze nie wiemy, ale dziękujemy za sugestię. Kiedy zostanie przeprowadzone pobranie narządów?
- Z tego, co wiem, wszystkie niezbędne dokumenty zostały podpisane, jednak lekarzom z pogotowia nie pozwolono ich zabrać. Byłbym więc wdzięczny, aby państwo jak najszybciej nam je dostarczyli. Czekamy też na rodzinę. W zasadzie ich zgoda formalnie nie jest już potrzebna, ale zawsze lepiej jest załatwiać takie sprawy po ludzku. To delikatne kwestie.

Świtało, kiedy Mariola i Błażej dotarli na komendę. Naglił ich czas. Sprawa nie była do końca jasna i życie kilku osób leżało teraz w ich rękach.

Parę godzin później mieli przed sobą coraz więcej nowych fragmentów układanki, jednak do wyjaśnienia sprawy było jeszcze daleko.

Janusz Mróz był onkologiem, który w wyniku redukcji zatrudnienia został miesiąc wcześniej zwolniony z pracy. Nie było ku temu żadnych przesłanek poza koniecznością likwidacji etatu. Absolwent Akademii Medycznej, chwalony stażysta, posiadał własne M-1 i samochód oraz niewielkie oszczędności na lokacie długoterminowej. Niestety nie pasował do portretu typowego samobójcy.

Nie udało się na razie ustalić personaliów kobiety, która go porzuciła.

Ciekawy był raport techników. W zasadzie stanowił on jedyną podstawę do przekwalifikowania śledztwa ze sprawy o samobójstwo na morderstwo. Na klamce znaleziono odciski tylko ratowników medycznych. Na fiolce z lekarstwem i strzykawce były odciski ofiary, jednak technicy stwierdzili, że zostały one odciśnięte po wytarciu obu przedmiotów. Na tłoku strzykawki znaleziono pozostawiony fragment odciska, prawdopodobnie należący do mordercy.
- Powiedz mi, czy to w ogóle ma sens? Trochę problematyczna ta sprawa.
- Musimy podjąć jakąś decyzję. Od nas zależy los kilku osób.
- Jedziemy do szpitala. Porozmawiamy z rodziną. To oni mają większe prawo decydować.

Mariola zakładała płaszcz, gdy zadzwonił telefon. Widząc pytający wzrok Błażeja, powiedziała, gdy tylko się rozłączyła:
- Dzwonił doktor Kubicki. Pojawił się jakiś lekarz, który chce zabrać naszego samobójcę. Niewiele z tego zrozumiałam.

Pół godziny później zatrzymali auto na przyszpitalnym parkingu. Weszli na oddział i w pierwszej chwili nie wiedzieli, z kim mają najpierw rozmawiać. W końcu Błażej zajął się lekarzami, a Mariola rodziną.

Potwierdziło się, że Janusz Mróz nigdy nie przejawiał skłonności samobójczych, był pełnym życia człowiekiem, dobrym lekarzem i po zwolnieniu z pracy planował wyjazd za granicę, podpisał już nawet wstępny kontrakt ze szpitalem w Berlinie. Owszem rozstał się z długoletnią narzeczoną, ale z własnej inicjatywy, nie został porzucony.

Matka obejrzała dokładnie zafoliowany list.
- Janusz nigdy by czegoś takiego nie napisał, poza tym podpis nie jest jego. Owszem, podobny, ale nie jego. Proszę mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Mariola niestety sama nie wiedziała. Zadzwoniła na komendę, aby ktoś pojechał do mieszkania ofiary i znalazł próbkę odręcznego pisma oraz zawiadomił grafologa. Od początku wydało się jej dziwne, że samobójca zostawia po sobie napisany na komputerze i wydrukowany list.
- Czego się dowiedziałeś? - zapytała Błażeja, który właśnie wyszedł z gabinetu lekarskiego.

Partner streścił jej historię krótkiej i tragicznej w skutkach choroby pani Rajskiej i poinformował, że maż, chirurg, Jan Rajski przyjechał dopilnować, aby organy trafiły właśnie do jego żony, ponieważ badania wykazały zgodność tkankową.
- Skontaktuję się z jego szpitalem, bo zaczynam się gubić.
- Matka stwierdziła, że podpis pod listem nie należy do syna.
- No to już z pewnością mamy morderstwo. W takim wypadku dokumenty tracą ważność jako podrobione. Czy wyrażają zgodę na pobranie organów? My nie mamy już nic do gadania. Machina transplantologiczna została uruchomiona. Trzeba zawiadomić prokuraturę. Niech oni się tym zajmą.

Godzinę później sytuacja była już w miarę klarowna. Rodzina wyraziła zgodę na pobranie organów. Prokuratura po uwzględnieniu wyjątkowych okoliczności towarzyszących morderstwu również nie wyraziła sprzeciwu. Pozostawała jeszcze kwestia biorcy.
- Rozmawiałem z dyrektorem szpitala, w którym pracuje Rajski i w którym leży jego żona. Kobieta jest w stanie śmierci klinicznej spowodowanej niewydolnością wielonarządową. Nasz doktorek samowolnie umieścił ja na liście osób oczekujących na przeszczep. Szpital nie wyraża zgody na taką operację, pomijając już fakt, że jest ona bezsensowna i bezcelowa. Co z grafologiem?
- Wstępnie potwierdził opinię rodziny. Dopiero po przeprowadzeniu szczegółowej analizy, będzie mógł się podzielić wiążącymi wnioskami.
- Aha, zapomniałby, już jakieś czas temu przyszły z laboratorium wyniki badań toksykologicznych. We krwi wykryto śladowe ilości szybko rozkładającego się środka odurzającego.

Dokładnie w południe rozpoczęła się procedura pobrania organów. Szybkość działania i zgodność kolejnych instytucji sprawujących władzę pozwoliła na uratowanie, jeszcze tego samego wieczora, kilku istnień ludzkich. Doktor Rajski, kiedy odmówiono wydania mu organów, wpadła w szał. Konieczne było odizolowanie go na oddziale psychiatrycznym.

Mariola opadła na krzesło. Była wykończona. - Nadal nie bardzo mogę uwierzyć w to morderstwo i chyba jeszcze nigdy nie przeprowadzałam tak ekspresowego śledztwa. Właśnie dostałam wyniki sekcji. Na ramieniu znaleziono ślad po ukłuciu igły. Ofiara wpuściła do mieszkania mordercę, ten wyczekał na odpowiedni moment, żeby wstrzyknąć środek odurzający, a potem przystąpił do dzieła. Makabryczny motyw... - przerwała zamyślona.

Nietrudno było wskazać osobę, która najwięcej mogła zyskać na tej śmierci. Poczucie winy doprowadziło doktora Rajskiego do obłędu. Szaleńczy pomysł ratowania żony zaowocował morderstwem, kiedy tylko w szpitalnej bazie danych natknął się na potencjalnego dawcę. Nawet gdyby w ataku histerii nie obciążył sam siebie i tak zostałby oskarżony, po tym jak policyjny informatycy odnaleźli na komputerze zmarłego list pożegnalny. Rajski prawdopodobnie przekopiował go tam ze swojego pendriva, jednak nie zmienił właściwości dokumentu, w których widniał jako autor.

<< >>

Blanka z trudem otworzyła oczy. Najpierw poczuła ból, a potem zobaczyła całą swoją rodzinę, niecierpliwie wyczekującą aż wybudzi się po operacji. Mama, siostra, szwagier, dzieciaki. Byli tu tylko i wyłącznie dla niej. Zatroskani, przejęci, oddani.

Uśmiechnęła się z trudem. Po policzkach popłynęły łzy. Była taka szczęśliwa.

Kiedy wszyli, wyproszeni przez pielęgniarkę, pojawił się Grzesiek.

Splot niezwykłych okoliczności sprawił, że Blanka otrzymała nowe życie. Okazało się też, że szczęścia nie trzeba szukać daleko.

Copyright by czarrna
2005-2009