![]() |
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
|
menu :: Strona główna :: Cala ja :: Opowiadania :: Kocia galeria 12 V 2005 r.
Ostatnia aktualizacja 12 XI 2009 r.
|
Basia przetarła rękawem szybę. W przystankowej witrynie znowu zobaczyła plakat z napisem Święta cieszą tylko w rodzinie. Postanowiła po raz kolejny porozmawiać z Andrzejem. Przekonać go, zmusić chociażby do chwili zastanowienia, wahania. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna, że podobne rozmowy już wiele razy sprawiły jej ból, jednak chęć posiadania chociaż namiastki macierzyństwa była silniejsza. Ubieranie choinki, pieczenie pierników, przystrajanie mieszkania, prezenty, wszystko nabrałoby innego wymiaru. Mogliby się podzielić miłością i szczęściem. Posprzątała, przygotowała obiad i czekała aż mąż wróci z pracy. Dochodziła dwudziesta trzecia, gdy usłyszała szczęk przekręcanego klucza. Zajrzał do pokoju i zobaczył Basię leżącą w łóżku. Oglądała jakiś serial kryminalny.
Jędruś, wysoki blondyn z rozwichrzonymi włosami i odrobinę odstającymi uszami, posłał jej zaniepokojone spojrzenie. Znał dobrze ten ton głosu, wyraz twarzy. Znowu chciała go prosić o niemożliwe.
Basia założyła szlafrok i poszła za nim. Nastawiła wodę na herbatę. W ciszy przyglądała się jak odgrzewał zupę.
Basia, szlochając, wróciła do łóżka. Wtulona w poduszkę płakała i przeklinała zasady, chorobę, urzędników. Słyszała, jak Jędruś wyszedł na klatkę zapalić. Robił to tylko jak był bardzo zdenerwowany. Zaczęła się obwiniać. Że wyprowadziła go z równowagi, przypomniała o bezradności, o braku szans na normalne życie. Poznali się trzy lata wcześniej. Oboje uczęszczali na zajęcia grupy wsparcia dla osób zarażonych wirusem HIV. Ona po tym, jak dowiedziała się, że jest chora i postanowiła skończyć swoje życie, nie wiedząc nic o chorobie, traktując ja jak trąd, który wyrzuci ją na margines społeczeństwa. Na szczęście spotkała na swojej drodze życzliwych ludzi, którzy wyjaśnili, uspokoili, zapewnili, że może długo i normalnie żyć. Zawsze marzyła o tatuażu. Niewielkim. Na łopatce. Kolega kolegi miał amatorskie studio i po atrakcyjnych cenach wyczarowywał cuda na ciałach przyjaciół i znajomych. Skusiła się. Od trzech lat żałowała tej chwili szaleństwa. Andrzej nie wiedział ani w jaki sposób, ani kiedy zaraził się wirusem. Jego matka była narkomanką. Zaniedbanego kilkuletniego chłopca, po interwencji opieki społecznej, zgodziła się wziąć do siebie ciotka. Samotna, starsza kobieta, nie mając własnych dzieci, zrobiła co mogła, aby zapewnić mu wykształcenie i start w dorosłe życie. Pobrali się przed dwoma laty. Na skromnej ceremonii było niewielu gości. Rodzice Basi byli po rozwodzie, matka odwróciła się od niej, gdy dowiedziała się, że wszelkie pokładane w córce nadzieje legły w gruzach. Ślub z biednym absolwentem technikum handlowego przypieczętował zerwanie wszelkich relacji. Ustalili, że nie będą starać się o dziecko. Andrzej od kilku lat przyjmował leki antyretrowirusowe, na które jego organizm reagował w ograniczonym stopniu. W każdej chwili zakażenie wirusem mogło się rozwinąć w pełnoobjawowe AIDS. Nie zdążyłby wychować upragnionego syna. Nie mógł pozwolić, żeby niewinne niczemu dziecko było świadkiem powolnego konania. Poziom CD4 u Basi był nadal wysoki, więc nie musiała przyjmować leków i miała przed sobą wiele lat normalnego funkcjonowania, ale decyzję podjęli wspólnie. Przychodziły jednak dni, że instynkt macierzyński przyćmiewał rozsądek i wszystkie inne uczucia. Jędruś wsunął się pod kołdrę i objął żonę. Otarł łzy i spojrzał w zaczerwienione oczy.
Basia niespokojnie wierciła się na niewygodnym krześle. Była podekscytowana, ale starała się tego nie okazywać. Andrzej wolał nie rozbudzać w sobie nadziei i z bólem serca przyglądał się rozpromienionej żonie. Co jeśli nic z tego nie wyjdzie? Co z nią wtedy będzie? - pytał siebie w myślach od chwili, kiedy zgodził się na to zwariowane przedsięwzięcie. Przywitała ich sztywna urzędniczka, która oschle zapytała o cel wizyty. Reakcja na słowa Basi nie była trudna do przewidzenia.
Basia wyglądała na przygaszoną, wtedy Jędruś powiedział wszystko, całą prawdę, bez żadnych upiększeń czy niedomówień. Mówił o pragnieniach i bolesnej rzeczywistości. Urzędniczka słuchała cierpliwie, nie okazując żadnych uczuć. Na zakończenie spotkania, po wypełnieniu kilku formularzy, poinformowała tylko, że w przeciągu kilku zadzwoni. Postanowiła im pomóc. Szczerość mężczyzny sprawiła, że zobaczyła w nich parę rozsądnych, poważnych ludzi, świadomych własnej sytuacji. Prawo nie pozwalało na dyskryminację rodziców zarażonych wirusem HIV, jednak rzeczywistość była inna. Biurokratyczna machina w nielicznych wypadkach pozwalała pozytywnie rozstrzygnąć ich wnioski. Cztery dni później zadzwoniła do Basi i zaprosiła na kolejne spotkanie. Znalazła odpowiednie dziecko, jedenastoletnią dziewczynkę od czterech lat przebywającą w placówce opiekuńczej. Oprócz rodziców i brata, których straciła w wypadku samochodowym, nie miała żadnej rodziny. Nie powiodło się znalezienie opiekunów zastępczych i od kilku lat Wiktoria mieszkała w domu dziecka. Nie przystosowała się do nowego miejsca, cały czas na nowo przeżywała utratę rodziców. Kilkumiesięczny pobyt w szpitalu i rehabilitacja przyniosły prawie całkowite wyzdrowienie. Poza urazem psychicznym, jedynym wspomnieniem po tragicznym wypadku, była nie w pełni sprawna noga. Mimo kilku operacji dziewczynka utykała. Urzędniczka stwierdziła, że świąteczny wyjazd może być tym, czego potrzeba zamkniętej w sobie Wiktorii, izolującej się od świata zabaw i rówieśników.
Andrzej z przyjemnością przyglądał się rozanielonej Basi, gdy przygotowywała pokój na przybycie świątecznego gościa. Pozytywna decyzja urzędników nie rozwiała wszystkich wątpliwości, starał się jednak podzielać entuzjazm żony. Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem w małym, dwupokojowym mieszkanku pojawiła się Wiktoria. Miała ze sobą zniszczony plecak zawierający ubrania, misia i kilka zeszytów. Odwiedzili ją wcześniej w domu dziecka, więc nie było to pierwsze spotkanie. Dziewczynka wyglądała jednak na wystraszoną i zdezorientowaną. Prawie całe popołudnie spędziła w przygotowanym dla niej pokoju, nie wyrażając żadnych życzeń ani zastrzeżeń. Basia zastanawiając się, w jaki sposób zbliżyć się do dziewczynki i przełamać pierwsze lody, zaproponowała, że poczyta jej na dobranoc. Lakoniczne Dobrze. pozbawione było entuzjazmu. Przejrzała książki, które sama czytała w wieku kilkunastu lat i wybrała przygodową opowieść o wakacyjnym poszukiwaniu skarbów. Wiktoria słuchała z zainteresowaniem, a kiedy Basia otuliła ją kołdrą widząc, że zasypia, posłała nowej cioci nieśmiały uśmiech. Młodych małżonków obudziły krzyki. Zaniepokojeni pobiegli do małego pokoju. Dziewczynka płakała głośno i wołała mamę. Basia próbowała ją utulić, jednak mała wyrywała się, mówiąc, że chce do mamy. W końcu jednak uspokoiła się. Okazało się, że prześcieradło tak jak i koszula nocna Wiktorii są mokre.
Jędruś resztę nocy spędził w fotelu. Uśmiechnął się czule spoglądając rano na żonę śpiąca w jednym łóżku z Wiktorią. Kiedy Basia się obudziła, nie było przy niej dziewczynki. Wystraszona poderwała się z łóżka. Znalazła małą w łazience, gdzie ta starała się uprać zamoczoną w nocy pościel.
Przedpołudnie minęło przyjemnie. Zakupy były udane i chociaż Wiktoria o nic nie prosiła, Basia obserwowała ją uważnie i podążała za jej wzrokiem. Kilka kupionych drobiazgów budowało cienką nić porozumienia. Wspólne pieczenie świątecznych ciasteczek okazało się być dobrą zabawą. Kiedy Jędruś wrócił z pracy, dom wypełniał zapach pierników, a z kuchni dobiegał śmiech. Ustalili, że wytłumaczą dziecku, które przyjmą, dlaczego nie mogą się nim zaopiekować na stałe. Nie chcieli, żeby wyglądało na to, że przygarniają kogoś, kto po świętach się im nudzi, albo przestaje być atrakcyjnym dodatkiem do rodziny. Basia uznała, że Wiktoria się już na tle zaaklimatyzowała, że mogą z nią na ten temat porozmawiać. Dziewczynka była małomówna, słuchała i potakiwała głową. Nie powiedzieli, że nie stać ich na dziecko, że z wypłaty sprzedawcy i księgowej ledwo udaje im się odłożyć coś na czarną godzinę, na opiekę, kiedy już zachorują. Był to kolejny czynnik, który dyskwalifikował ich jako rodzinę adopcyjną. Wiktoria rozumiała, że są chorzy, że mogą umrzeć, że nie pozwolą się im się nią zaopiekować, nawet jeśli cała trójka by tego bardzo chciała. To byli obcy ludzie, obce miejsce, czuła się niepewnie. W domu dziecka były reguły, wszyscy wiedzieli, co wolno, a co nie. To był dom. Taki, jaki kiedyś miała. Ludzie, którzy się nią zaopiekowali byli dobrzy, mili, spokojni. Skoro nie mogła z nimi zostać, to po co to wszystko? Wychowawczyni zapytała, czy chce jechać na święta do obcej rodziny. Wszystko było lepsze od domu dziecka. Od tak dawna nie miała prawdziwego Bożego Narodzenia. Bała się, ale okazało się, że jest jak z mamą i tatą. Robiła zakupy, piekła ciasteczka, już niedługo miała ubierać choinkę, pod którą na pewno będą prezenty. Wieczorem udała, że zasypia, kiedy Basia skończyła czytać kolejny rozdział książki, a potem płakała cicho w poduszkę ściskając mocno misia. Następnego dnia robiły porządki i czekały aż Andrzej wróci z pracy i przyniesie choinkę. Kiedy zapach świerka wypełnił pokój, Basia zostawiła ich z drzewkiem i ozdobami i poszła przygotować kolację. Przyglądała się jak Jędruś bierze Wiktorię na ręce i pomaga ubrać wierzchołek drzewka. Chciała, żeby ten dzień trwał wiecznie. Wigilię spędzili z ojcem Basi i ciotką Andrzeja, jedną rodziną, jaką mieli. Było łamanie się opłatkiem, kolędy, prezenty.
Minęły święta, rozpoczął się nowy rok i musieli się pożegnać z Wiktorią. Dziewczynka podziękowała za wszystko i odeszła, odprowadzona przez wychowawczynię. Wrócili do domu. Był cichy i pusty. Basia usiadła z kubkiem kawy w fotelu i milczała, wpatrując się w ścianę.
Nie powiedział nic. Sam się na tym wszystkim zastanawiał. Przez całe życie próbował się do nikogo nie przywiązywać, żeby potem nie ranić innych swoim odejściem. Był samotnikiem. Skupiał się na szkole, potem pracy. Nie myślał nigdy o małżeństwie. Wydawało mu się, że nie powinien, że to nie dla niego. Wiedział, że jeśli zwiąże się z kimś na całe życie, to tym samym każe ukochanej osobie patrzeć na swoją śmierć. Spotkał jednak Basię. Była zagubiona w świecie HIV, który dla niego był czymś naturalnym i codziennym. Chciał tylko pomóc jej zrozumieć chorobę. Jednak szybko zakochał się w tej dziewczynie z kruczoczarnymi włosami, opadającymi falami na ramiona i smutnymi, szarymi oczami, które ze zdziwieniem na nowo poznawały świat. Wspólne życie naznaczone piętnem choroby nie było sielankowe, ale mimo wszystko szczęśliwe. Potrafili odnajdywać radość w codziennych czynnościach, w byciu razem. Zachowywali się jak para nastolatków, która przeżywa pierwsze miłosne uniesienie. Wiktoria wniosła do ich domu coś, przed czym cały czas się bronił. Chęć posiadania dziecka, zabiegania o nie, życia i pracy z myślą o kimś. Możliwość zapewnienie szczęśliwego dzieciństwa była dla niego szczególnie ważna, bo sam takiego nie miał. Ciocia Teresa przygarnęła go, gdy miał osiem lat. Do tego momentu nie wiedział, co to bezpieczeństwo, spokój, zaufanie, pełny brzuch i odrobione lekcje. Wiktoria była cicha i zamknięta w swoim świecie. Tak jak oni. Połączeni chorobą, rozumieli ją - dziewczynkę pozbawioną najbliższych i zostawioną w obcym, nieprzyjaznym świecie. Dali jej namiastkę szczęścia i normalności. Tak bardzo chciał ofiarować jej dzieciństwo. Wiedział jednak, że to niemożliwe. Ona również to wiedziała. Dlatego odeszła, dziękując grzecznie za gościnę. Basia, chociaż starała się wrócić do poprzedniego rytmu życia, na każdym kroku orientowała się, że myśli o Wiktorii. Czy pomogłaby jej obrać jarzyny, czy lubiłaby taką zupę, czy wolałaby cukierki czy batonika, czy spodobałby się jej wiszący na wystawie sweterek Obserwowała Jędrusia i widziała, że tez przeżył rozstanie z ich małym gościem. Nie rozmawiali na ten temat, żeby niepotrzebnie nie rozniecać pragnień. Pewnego popołudnia Basia kupiła trochę słodyczy i owoców i po pracy pojechała do domu dziecka. Niepewnym krokiem przeszła przez zaśnieżony park i stanęła przed dużym, niekształtnym budynkiem z szarej cegły. Czuła się jak intruz. Poprzednim razem byli ubezpieczeni w dokumenty, teraz nie wiedziała nawet, czy mała będzie się chciała z nią zobaczyć. Napotkana przy wejściu wychowawczyni potraktowała ją bardzo uprzejmie i zaprowadziła do pomieszczenia dla odwiedzających. Basia podzieliła się swoimi obawami.
Po kilku minutach, które dla Basi były wiecznością, pojawiła się Wiktoria. Była jak zwykle grzeczna i małomówna, ale w jej oczach widać było malutkie iskierki radości. Zapytała o wujka Andrzeja, podziękowała jeszcze raz za prezenty, powiedziała, że plecak super się sprawuje i że dostała szóstkę z plastyki za rysunek zrobiony nowymi pastelami. Przeprosiła Basię na chwilę i wybiegła z pokoju. Po chwili wróciła niosąc ze sobą kartkę A4.
Basię wzruszenie ścisnęło za gardło. Nie wiedziała, co powiedzieć. Zwinęła kartkę w rulonik i schowała do torebki. Zapytała o szkołę, o koleżanki, ucałowała ją od siebie i Jędrusia i pożegnała, obiecując, że wkrótce odwiedzą ją razem. Wracając do domu, wstąpiła jeszcze na zakupy do marketu i przy okazji kupiła antyramę na obrazek Wiktorii. Zawiesiła go w kuchni w miejscu jakiejś wypłowiałej makatki. Kiedy Andrzej wrócił z pracy i zapytał, co to jest, odpowiedziała:
Basia siedziała przy łóżku męża i wspominała spędzone razem lata. Ostatnio było ciężko. Andrzej chorował coraz częściej i coraz poważniej. Jego system odpornościowy był całkowicie wyniszczony. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Musiała utrzymać mieszkanie z jednej pensji, brała dodatkowe zlecenia, siedziała po nocach przy komputerze, a jednocześnie opiekowała się Jędrusiem, który cały czas starał się nie pokazywać po sobie jak bardzo jest źle. Wiktoria był dla nich ogromną pociechą. Od pamiętnej wspólnej Wigilii, spędzała z nimi każde święta, wakacje, ferie, przyjeżdżała na weekendy, a po szkole, zamiast do domu dziecka, przychodziła na obiad, pomagała, dotrzymywała towarzystwa Andrzejowi. Była radosnym promykiem w życiu naznaczonym cierpieniem.
Andrzej zmarł następnego popołudnia. Na chwilę odzyskał jeszcze przytomność, żeby powiedzieć dwóm kobietom swojego życia, jak bardzo je kochał i jak bardzo był dzięki nim szczęśliwy. Zostały same. Od dawna przygotowane na jego śmierć, a jednak zrozpaczone i załamane.
Basia dopiero teraz w pełni zrozumiała Andrzeja. Ich życie było naznaczone śmiercią. Za dziesięć, dwadzieścia lat, ją też pokona AIDS. Kolejna śmierć. Kolejne rozstanie. Czy była samolubna pragnąc dla siebie dziecka? Czy miała prawo narażać kogoś na stratę rodziców po raz drugi? Spojrzała na zamyśloną dziewczynę, która prowadziła ją pod rękę. Mogłaby być jej o dwanaście lat młodszą siostrą. Była śliczna. Krótko przystrzyżone blond włosy opadały zadziorną grzywką na czoło, wąskie usta zawsze się uśmiechały i chociaż nadal nieznacznie utykała, nie pozwalała nikomu zwracać na to uwagi. Kochała ją całym sercem, swoją małą dziewczynkę. I nawet jeśli dziesięć lat temu zachowała się egoistycznie, to nie żałowała.
|
||||
![]() |
![]() |
||||
|
|
|
|
|
|
|
| Copyright by czarrna 2005-2010 | |||||