menu
:: Strona główna
:: Cala ja
:: Opowiadania
:: Kocia galeria








Strona w sieci od
12 V 2005 r.





Zagłosuj na moją stronę:

Najlepsze

strony o literaturze - RANKING Wszystko co zwiazane z pisarstwem strony o literaturze i poezji

Śmierć na przyjęciu

Pani Blueberry kiwała z zadowoleniem głową. Przyjęcie się udało. Musiało się udać. W końcu przyszły wszystkie miejscowe osobistości. Cynthia Blueberry wydała to przyjęcie z myślą, ze się uda. W jej życiu wszystko się udawało. Skończyła renomowaną szkołę dla dziewcząt, wyszła za mąż za szanowanego lekarza, a teraz wydawała przyjęcia, jak przystało na dobrą panią domu.

Ronald Blueberry był od niej starszy o czternaście lat. Nie interesowały go przyjęcia, ogród, ani najnowsze przepisy na ciasto z owocami. Lubił za to przebywać w towarzystwie miejscowych osobistości. Czuł się do tego właśnie stworzony. Sam w końcu tez był miejscową osobistością.

Właśnie dzisiaj świętował dwudziestolecie praktyki lekarskiej, co Cynthia wykorzystała do wydania tego przyjęcia. W St. Claud’s każdy powód był dobry do wydania przyjęcia.

Pani Bleuberry spoglądała z dumą na gości. Oni również spoglądali na siebie z dumą. Pastor Wells i pułkownik MacPeters zajęci byli rozmową na tematy wagi państwowej. Pastorowa wymieniała uwagi na temat obyczajów dzisiejszej młodzieży z panią Levercoy, siostrzenicą lorda Irvinga. Inspektor Maroon rozprawiał z Terrym Mascombem, aptekarzem, o truciznach i trucicielach. Pozostali goście nie byli już takimi osobistościami, ale Cynthia lubiła ich lub szanowała.

Jedyną osobą, na którą spoglądała z dezaprobatą, był Raymond Sparrow. Inspektor przebywał w St. Claud’s na urlopie i chętnie przyjął zaproszenie pani Blueberry, jednak pod warunkiem, że będzie mógł przyjść ze swoim przyjacielem. Raymond był owym przyjacielem. Czarne włosy sięgające do ramion miał związane tasiemką. Nosił niewielką bródkę, a na pociągłej, opalonej twarzy nieustannie gościł tajemniczy uśmiech. Jego garnitur był nienaganny, maniery również, jednak Cynthia bardzo chętnie pozbyłaby się go ze swojego domu. Gdy spoglądał na nią swoimi ciemnymi oczami przeszywał ją dreszcz. Gdyby ktoś zapytał, jak jej zdaniem wygląda wielokrotny morderca bez zastanowienia wskazałby na Ray’a Sparrowa.

Kiedy ostatni gość opuścił dom Blueberry’ch, Cynthia odetchnęła z ulgą. „To było naprawdę udane przyjęcie” pomyślała raz jeszcze. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku usiadła z mężem w salonie przy filiżance herbaty. Coś jednak nie dawało jej spokoju.
- Ron, czy Milly wyszła wcześniej? – zapytała w końcu. – Nie przypominam sobie, żebym się z nią zegnała.
- Nie wiem, moja droga. Wiesz, ze nie zwracam uwagi na Milly. Osoby jej pokroju irytują mnie.

Cynthia nie powiedziała już ani słowa, nie chcąc, żeby mąż rozpoczął wykład na temat „osób jej pokroju”. Milly była żoną mleczarza. Nie należała do miejscowych osobistości, ale była bardzo uczynną, ciepłą kobietą. Niestety była również mało inteligentna i wyjątkowo naiwna. Cynthia bardzo ją lubiła i nie zwracała uwagi na Rona, który nie tolerował osób niewykształconych lub nie działających aktywnie w jakimś kierunku.
- Moja droga, na pewno ktoś znowu się poskarżył na któregoś z jej chłopaków i musiała iść wyciągać go z kolejnej opresji. Jej synowie są wprost niemożliwi. Nie mają w sobie nic z ojca. Połóż się spać, moja droga, i nie myśl już o tym. Ja pójdę jeszcze popracować do gabinetu.

Cynthia skierowała swoje kroki do sypialni. Jakieś niewyraźnie przeczucie nie dawało jej spokoju. Kiedy stanęła w drzwiach pokoju, zobaczyła Milly śpiąca na łóżku.
- Kochana, zdrzemnęłaś się! – wykrzyknęła. – Już myślałam, że coś ci się stało. Powinnaś wracać do siebie, Willie na pewnie bardzo się denerwuje twoją nieobecnością. Milly!

Jednak kobieta nie odpowiadała. Cynthia podeszła i dotknęła jej ramienia. Skóra Milly była nienaturalnie blada. Wyglądała, jakby spała, jednak były to tylko pozory. Nie żyła.

Cynthia przez chwilę stała bez ruchu. Jej serce zamarło. Nie rozumiała tego, co zobaczyła. Wydało jej się to koszmarnym snem. W końcu puściła ramie Milly, wybiegła z sypialni i co sił w nogach zbiegła po schodach. Półprzytomna z przerażenia otworzyła drzwi do gabinetu doktora Blueberry’ego.
- Milly... ona... w naszym łóżku... Och, Ron! – wykrzyknęła i padła zemdlona w ramiona męża.

Ronald zadziałał błyskawicznie. Ocucił żonę i podał jej proszki na uspokojenie. Już sam jego głos działał jak lekarstwo.
- Już dobrze moja droga. Tutaj nic ci nie grozi. Jestem przy tobie. Powiedz mi, co się stało?
- Milly... ona nie żyje... Ron, nie patrz tak na mnie, nie wymyśliłam sobie tego – podniosła głos, widząc niedowierzanie w oczach męża. – Proszę cię, idź do sypialni i sam zobacz – nie chciał jej zostawić samej, nie był pewien, co się z nią dzieje, jednak ona nie pozwoliła mu w wahanie. – Idź. Ja tu zaczekam.

Doktor Blueberry niechętnie wyszedł z gabinetu i skierował swoje kroki na piętro. Nie wierzył żonie. Wiedział, ze denerwowała się całym tym przyjęciem i że mogło jej się coś po prostu przywidzieć z wyczerpania.

Zamarł jednak, gdy stałą w drzwiach sypialni i spojrzał na łóżko. Milly rzeczywiście tam leżała. Podszedł do niej i sprawdził puls. Nawet bez tego wiedział, ze kobieta rzeczywiście nie żyje. Miał ochotę cofnąć teraz wszystko, co pomyślał żonie. Cynthia nie wpadała w panikę bez powodu. Wrócił do gabinetu.
- Przepraszam kochanie. Miałaś rację. Ja... ja nie wiem, jak to mogło się stać. Zawiadomię sierżanta Robinsona. Myślę, ze ten inspektor ze Scotland Yardu tez będzie chciał się temu przyjrzeć. Ty, moja droga, powinnaś się położyć. Ja się wszystkim zajmę, na pewno nie będą chcieli cię teraz niepokoić.

Cynthia bez słowa wyszła z gabinetu. To było dla niej za dużo jak na jeden dzień. Chciała zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim. Łudziła się, ze okaże się to jedynie koszmarnym snem. Pogrążyła się we śnie niemal natychmiast po tym jak tylko położyła się w pokoju gościnnym. Niemałą zasługę miały w tym pigułki podane przez męża.

Pół godziny później przed domem Blueberrych pojawił się sierżant Robinson w towarzystwie inspektora Maroona i Ray’a Sparrowa. Doktor zdziwił się trochę obecnością trzeciego z mężczyzna, ale nie protestował. Wiedział, ze Scotland Yard ma swoje metody. Podobnie jak żona nie miał jednak zaufania do tego obcokrajowca.
- Doktorze Blueberry, czy jest pan w stanie określić, kiedy mógł nastąpić zgon i co go spowodowało? – zapytał inspektor, podczas, gdy sierżant zajmował się sprowadzeniem na miejsce morderstwa odpowiednich posiłków.
- Tak, oczywiście. To musiało się stać jakieś cztery do pięciu godzin temu. Śmierć nastąpiła wskutek uderzenia w kark jakimś ciężkich, kanciastym przedmiotem. Dla pewności ktoś uderzył prawdopodobnie trzy razy.

Ray, który stał z boku i nie zabierał głosu, rozejrzał się po pokoju. Nie natrafił na nic, co mogłoby być wykorzystane jako narzędzie zbrodni. Poza tym ofiara leżała ułożona na wznak, a ciosy zadano jej od tyłu. Ktoś zadał sobie wiele trudu, bo usunąć ją z rzeczywistego miejsca zbrodni. Milly była wysoką, odrobinę otyłą kobietą. Przetransportowanie jej martwego, bezwładnego ciała było nie lada wyczynem.

Ray opuścił sypialnię i rozejrzał się po pozostałych pomieszczeniach domu. W końcu znalazł to, czego szukał. Zanotował też w pamięci kilka istotnych szczegółów dotyczących rozmieszczenia pokoi.
- To jest chyba idealne narzędzie zbrodni Howardzie – powiedział do inspektora, który przerwał rozmowę z doktorem i natychmiast spojrzał na trzymany przy Ray’a przedmiot.

Była to odlana z brązu rzeźba przedstawiająca króla Jerzego V na koniu. Jej prostokątna podstawa miała kształt odpowiadający zadanym ranom.

Ronald Blueberry spurpurowiał.
- Jak pan śmiał?! Jak pan śmiał przeszukiwać mój dom?! Kim pan w ogóle jest?! Oskarżę pana o włamanie!
- Doktorze, pańskie zachowanie świadczy na pana niekorzyść – powiedział Ray, uśmiechając się ironicznie.
- Ekm, winien jest panu wyjaśnienie doktorze. Pan Ray Sparrow to jeden z najlepszych detektywów, jaki współpracuje ze Scotland Yardem. Ma on moje upoważnienie do wszelkich działań.

Doktor z trudem się opanował. Wyglądał, jakby chciał natychmiast uciec i sprawdzić, czy nie zostawił na miejscu zbrodni innych obciążających go śladów. Tak przynajmniej myślał inspektor.
- No to mamy już narzędzie zbrodni, a także miejsce popełnienia morderstwa – powiedział beztrosko Ray, odstawiając trzymaną przez chustkę rzeźbę króla Jerzego na komodę.
- Dobrze, rozejrzyjmy się tam. Powiedz chłopcom na dole, że mogą zabrać ciało.

Ronald Blueberry niechętnie poprowadził inspektora i sierżanta do swojego gabinetu i wskazał miejsce, z którego Ray zabrał rzeźbę. Na podłodze nie było śladów krwi. Nie było też śladów włamania.
- Czy przechowuje pan tutaj coś, co mogłoby zainteresować mordercę? Czy coś zginęło?
- Tutaj są tylko akta pacjentów. Jedyną godną zainteresowania rzeczą jest ta szafka z lekarstwami. Dla jakiegoś morfinisty byłaby ona zapewne wartym zachodu celem.
- Czy to okno otwiera się tylko od wewnątrz? – zapytał milczący dotąd Ray. Po prezentacji dokonanej przez inspektora doktor nie mógł go dalej ignorować.
- Tak, chociaż nie wiem, co to ma do rzeczy.
- A czy było zamknięte, kiedy po przyjęciu pan tu przyszedł?
- Tak. Na pewno. Chwileczkę... – inspektor przyglądał mu się z zaciekawieniem. – Zawsze zamykam okno, kiedy wychodzę z gabinetu. Kiedy przyszedłem otworzyłem, jednak teraz sobie przypominam, że nie było zamknięte na klamkę, a jedynie przymknięte.
- Tak myślałem – mruknął do siebie Ray, głośno powiedział jednak coś innego. – Czy znam pan kogoś, kto mógłby chcieć śmierci pani...
- Ona nazywała się Milly Hoskins. Nie, nie znam. Moja żona będzie mogła panom na ten temat więcej powiedzieć, jednak...
- Oczywiście, nie będziemy jej teraz niepokoić – pospieszył ze swoim zapewnieniem Ray. Celowo zadawał pytanie, które nie miały ze sobą związku. Czekał, aż doktor się potknie, jednak jak na razie się na to nie zanosiło. – Pana tez nie będziemy już dzisiaj niepokoić, prawda inspektorze? – Maroon kiwnął głową.

Ciało zostało zabrane, a wszyscy przedstawiciele służb policyjnych opuścili dom Blueberrych.

Howard Maroon i Ray Sparrow wynajmowali dwa skromne pokoje i odległym końcu wioski. Teraz podążali wolnym krokiem w tamtym kierunku, oddychając rześkim, nocnym powietrzem. Żaden z nich nie powiedział ani słowa. Zajęci byli układaniem najbardziej prawdopodobnej teorii dotyczącej morderstwa Milly Hoskins. Obaj widzieli tę zbrodnię inaczej i gdzie indziej szukali podejrzanych.

Tymczasem doktor Blueberry jeszcze raz, dokładnie sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. W końcu położył się spać. „Ta głupia gęś, Milly, musiała im przeszkodzić, chociaż raz się do czegoś przydała, a ten natręt Sparrow niczego nie zauważył” – pomyślał z zadowoleniem i zasnął. Jak na razie jego planom nic nie zagrażało.

Inspektor zatrzymał się przed drzwiami do swojego pokoju.
- Ray, nie masz ochoty na szklaneczkę whisky?

Detektyw spojrzał na przyjaciela z uśmiechem. Chwilę później popijali whisky i omawiali sprawę morderstwa.
- Ja w ogóle nie wiem, czy powinienem w to mieszać Scotland Yard. Robinson to dobry policjant poradzi sobie. Poza tym jesteśmy na urlopie. Sprawa nie wydaje się skomplikowana.
- Nie? Hmm, co skłoniło cię do takich wniosków.
- Morderstwo na tle rabunkowym. Bluebarry zapomniał zamknąć okno i jakiś amator morfiny z tego skorzystał, ale został przyłapany przez tą nieszczęsną kobietę. Ewentualnie sam doktor miał coś do ukrycia. Dziwnie się zachowywał.
- Zgadzam się, ze ten ktoś wszedł przez okno. Zostawił nawet ślady. Kazałem je zabezpieczyć. Jednak jestem prawie pewny, ze okno było zamknięte. Mogę się założyć, że już przynajmniej raz nasz doktorek stracił zapas narkotyku, zresztą Robinson na pewno będzie to wiedział. Bluebarry należy do ludzi skrupulatnych i obowiązkowych. Wątpię, żeby zostawił okno otwarte. Chyba, ze współpracował z kimś.
- Powiedzmy, że mnie przekonałeś. Jednak nie zaprzeczysz, że on coś ukrywa.
- Nawet ci powiem, gdzie to ukrywa – roześmiał się Ray. – Przyglądnąłem się większości pomieszczeń w tym domu. Nigdzie nie było sejfu. Nie sądzisz chyba, że tak zamożny człowiek nie ma w domu sejfu?
- Gabinet? – Sparrow pokiwał tylko głową. – Jednak, nie jesteś pewien, prawda? Nie wdziałeś go.
- Widziałem miejsca, w których na pewno go nie ma, a gdzieś być musi. Zajrzałem nawet do doktorowej. Spała jak niemowlę. Mąż musiał jej zaaplikować solidną dawkę jakiegoś narkotyku. Swoją droga ciekawe, dlaczego za niego wyszła. Jest od niego znacznie młodsza
- Przestań – przerwał mu inspektor. – Dlaczego ciebie zawsze najbardziej interesują kobiety?
- W końcu urodziłem się w ojczyźnie Casanovy. Musisz kiedyś odwiedzić Wenecję. Wtedy zrozumiesz – gromiące spojrzenie Maroona sprowadziło jego wypowiedź na właściwy temat. – Kiedy doktorek zobaczył w moich rękach rzeźbę miłościwe nam panującego króla był przerażony. Wystraszył się, ze odkryłem to, co on ukrył. To oznacza, ze rzecz, po którą przyszedł morderca nadal jest w jego posiadaniu.
- Twoja teoria zaczyna być fantastyczna. Coś czego nie ma, w sejfie, którego nie ma. Ja uważam, że się zdenerwował, bo jest mordercą.
- Czy nie sądzisz, ze jako lekarz upozorowałby na przykład zawał serca? Zastałaby stwierdzona śmierć z przyczyn naturalnych i doktorek miałaby czyste ręce.
- Ray, mam dość twoich teorii.
- Dobrze już sobie idę. Jutro złożę naszemu doktorowi i jego żonie wizytę. Robinson na pewno podzieli się ze mną zdobytą wiedzą.
- Robinson nie jest kobietą – mruknął inspektor, ale Ray nie mógł już tego słyszeć.

Detektyw wstał wcześnie rano. Wbrew przypuszczeniom Maroona udał się długi spacer. W wiosce pojawił się dopiero na obiad, który zamówił w gospodzie Pod stuletnim dębem. Dopiero wtedy złożył wizytę Robinsonowi, który mimo, ze nie był kobietą chętnie podzielił się z nim swoimi spostrzeżeniami.
- Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Morderstwo na tle rabunkowym wydaje się rozsądnym wyjściem, jednak który morfinista zaniósłby ciało Milly Hoskins na piętro i po co?

Było to całkiem logiczne pytanie. Ray zapewnił sierżanta, ze znajdzie na nie odpowiedź. Zgodnie z jego przypuszczeniami doktor już trzykrotnie stracił zapasy morfiny, jednak ostatni z tych wypadków miał miejsce siedem lat temu. Od tamtej pory skutecznie strzegł swojego gabinetu. Podczas przesłuchania przekonywał jednak Robinsona, że jedynym możliwym motywem jest właśnie włamanie, a Robinson nie był na tyle głupi, żeby tak jawną sugestię uznać za właściwą.

Sierżant zamienił z doktorową jedynie kilka słów. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku spowodowanego znalezieniem trupa i raczej nie była w stanie odpowiadać na jego pytania.

Raport lekarza policyjnego potwierdzał słowa Blueberry’ego. Śmierć miała miejsce miedzy osiemnastą, a dziewiętnastą. Rzeźba rzeczywiście okazała się być narzędziem zbrodni, jednak wszystkie ślady starannie z niej starto.

Odcisk buta niewiele dawał. Włamywacz miał na sobie popularnie używane obuwie sportowe. Taki sam rozmiar nosiła połowa mieszkańców St. Cloud’s, zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet. Na pewno nie należał do doktora, ponieważ był on wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną, a co za tym idzie miał dużą stopę. „Zresztą nie mógł się przecież włamać sam do siebie” pomyślał Ray.

Uzyskawszy niezbędne informacje od Robinsona, Sparrow postanowił odwiedzić doktora. Blueberry niechętnie wpuścił go do domu.
- Może mi pan cały czas patrzeć na ręce, jeśli pan chce – rzucił pojednawczo Ray.
- Nie omieszkam.
- Prosiłbym jeszcze o otwarcie drugich drzwi.

Doktor spełnił jego prośbę i po chwili drzwi prowadzące do poczekalni zostały otwarte. Sparrow wyszedł na zewnątrz, obszedł dom dookoła, podszedł do furtki, a potem do drugich drzwi. Potrząsną z niezadowoleniem głową. Wyszedł do ogrodu i znalazł drugą furtkę. Wracając wszedł do domu przed drzwi prowadzące do poczekalni i gabinetu doktora. Teraz był zadowolony.

Krótki korytarz pełniący funkcję poczekalni kończył się drzwiami, które nie były zamykane na klucz i łączyły poczekalnię z drugim korytarzem prowadzącym do frontowych drzwi. W miejscu, gdzie łączyły się oba korytarze były schody prowadzące na piętro. Najbliżej gabinetu znajdowały się drzwi do salonu. W salonie jednak przebywali goście, więc morderca musiał się przemknąć z ciałem Milly na górę. Tylko tam mógł je ukryć. Ray wszedł na piętro i otworzył najbliższe klatce schodowej drzwi. Była to sypialnia. Wybór wydawał się więc logiczny. Gdyby któryś z gości wszedł tam przez przypadek, stwierdziłby, ze Milly się zdrzemnęła.

Blueberry po chwili obserwowania wyczynowych spacerów Ray’a uznał go za niegroźnego i wrócił do swojego gabinetu. Pukanie oderwało go od pracy.
- Przepraszam bardzo, ale chciałem zapytać, czy mogę porozmawiać z pańską żoną. Nie będę jej denerwować – powiedział uprzedzając doktora.
- Ma pan dosłownie kilka minut. Ray skinął głową i udał się do pokoju gościnnego. Cynthia drzemała. Zapukał jeszcze raz, głośniej. Spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek i natychmiast kazała mu wyjść. Urok osobisty Sparrowa miał jednak ogromną moc przekonywania. Zwłaszcza gdy w grę wchodziła kobieta pozostająca pod wpływem narkotyku zaaplikowanego przed nadopiekuńczego męża-lekarza.
- Co taka piękna i młoda kobieta jak pani robi w takim miejscu z takim człowiekiem?
- Proszę sobie darować te gładkie słówka. Na mnie nie robią one żadnego wrażenia.
- Ależ droga pani, pochodzę z ojczyzny Casanovy, to moja druga natura.
- Wenecja… - wyszeptała Cynthia.

Nie czekając na słowa zachęty Ray zaczął opowiadać o mieście, w którym się wychował. Opisywał urocze zakątki i monumentalne budowle. Mówił o spacerach mostem Westchnień przy świetle księżyca odbijającym się od lustra wody. Z fotograficzną precyzją opisał bogactwo pałacu Dożów. Westchnienia pani Blueberry wywołały uśmiech satysfakcji na jego twarzy.
- Teraz pani mi coś opowie.

Spojrzała na niego przytomnie. Nie miała wyjścia, musiała odpowiedzieć na jego pytania. Mówiła o Milly, o tym, że wszystkim pomagała, ale nikomu się nie narzucała, ze miała ciężkie życie, bo w wieku szesnastu lat wyszła za mąż i opuściła rodzinne strony, ze miała trójkę dzieci, z których wychowaniem nie umiała sobie poradzić.

Ray był teraz pewien, ze była ona przypadkową ofiarą, a morderstwo było po prostu wypadkiem.
- Czy pani mąż ostatnio wyjeżdżał?
- Tak. Był na jakiejś konferencji lekarzy. Przedwczoraj. To było w Worcester – powiedziała uprzedzając kolejne pytanie.
- Czy w najbliższym czasie ma w planie jakąś podróż?
- Nie. Gdyby tak było, wiedziałabym o tym.
- Czy często wyjeżdża?
- Ron raczej nie lubi podróżować, robi to tylko gdy naprawdę musi. Utrzymuje kontakty listowne ze znanymi osobistościami świata medycznego, swoimi dawnymi kolegami, a także różnymi ważnymi osobami.

Ray przypuszczał jednak, że doktor nie miewa zbyt wielu gości, a Cynthia to potwierdziła. Jak na razie nie miał więcej pytań. Pani Blueberry i tak powiedziała mu więcej niż Robinsonowi.
Sparrow ku uciesze doktora opuścił wreszcie jego dom. Z daleka dostrzegł spacerującego bez celu inspektora.
- No nareszcie jesteś! Czyżbyś cały dzień spędził na uwodzeniu tutejszych kobiet?
- Skąd! Spędziłem bardzo przyjemny dzień, a zacząłem od obejrzenia ruin zamku Yorków, który został zburzony w trakcie Wojny dwóch róż. Niewiele z niego zostało, ale i tak jest na co popatrzeć – Maroon mruknął coś niewyraźnie w ramach odpowiedzi na te zachwyty krajobrazem.
- Kontaktowałem się z Londynem – powiedział wreszcie. - Oficjalnie śledztwo prowadzi Robinson, a ja oficjalnie jestem na urlopie. Chyba tylko ty widzisz w tym jakąś większą aferę.
- A czy ja cos takiego powiedziałem? Chodźmy na kolację. Aha, zrób dla mnie jedną rzecz. Jeśli możesz sprawdź, czy w Worcester była przedwczoraj jakaś konferencja lekarzy.

Inspektor wolał nie pytać, czy to w ogóle jest istotne. Wolał już o nic nie pytać. Marzył o chwili spokoju. Najlepiej z daleka od Sparrowa. Zastanawiał się, co go skłoniło do spędzenia kilku dni urlopu w towarzystwie detektywa.

Nie dane mu nawet było wyspać się rano. Obudziło go pukanie do drzwi. Posłaniec przyniósł wiadomość o włamaniu do gabinetu doktora Blueberry’ego. W zasadzie przyniósł ją Ray’owi, ale detektyw nie omieszkał, obudzić przyjaciela.
- Rusz się staruszku. Czy wy ze Scotland Yardu nie musicie robić przynajmniej dobrego wrażenia? Poza tym mógłbyś chociaż powiedzieć kilka motywujących słów Robinsonowi. Stara się jak nie wiem, co żeby zrobić na tobie dobre wrażenie.
- Skąd w tobie tyle bezinteresownych odruchów? – zapytał z sarkazmem inspektor. – Może chociaż pozwolisz mi się ubrać?

Nie jedząc nawet śniadania udali się obaj do domu doktora. Sierżant wyglądał na zawiedzionego i niezadowolonego.
- Chyba niepotrzebnie tu panów ściągnąłem. Doktor upierał się przy kradzieży morfiny i tym razem rzeczywiście mu ją ukradziono. Gabinet wygląda jak po przejściu huraganu.

Ray z zainteresowaniem obejrzał najpierw ścieżkę prowadząc do bocznych drzwi, potem okno, a na końcu wnętrze gabinetu. Ktoś rzeczywiście musiał się tam napracować. Podłogę pokrywały papiery dosłownie wymiecione z szuflad biurka i półek. Obrazy ze ścian zostały zrzucone, a szafka na leki roztrzaskana. Ten bałagan wydał się Ray’owi jakiś dziwny, nienaturalny. Dłuższą chwilę stał bez ruchu.

Jeśli było to dzieło morfinisty w potrzebie to wszystko by do siebie pasowało. Jednak Sparrow przyjął, że to nie było jego dzieło. Taki człowiek rzeczywiście mógłby dokonać pierwszego włamania, jednak musiałby zostać spełniony szereg warunków. Po pierwsze, musiałby wiedzieć, ze w domu odbywa się przyjęcie. Po drugie, doktor przez przypadek musiałby zostawić otwarte okno. Po trzecie, ten przypadkowy człowiek musiałby wiedzieć, gdzie jego gabinet doktora oraz druga furtka, bo tylko wchodząc boczną furtką pozostałby niewidoczny dla gości w salonie. Ten człowiek musiałby mieć zdecydowanie dużo szczęścia.

Zostawała wiec druga możliwość. Włamania dokonał człowiek, który wiedział, ze odbywa się przyjęcie, że istnieje boczne wejście i że w środku jest ktoś, kto otworzy mu okno. Ta wersja nie wymagała szczęście tylko planu, a Ray uważał, że każde przestępstwo musi być wcześniej zaplanowane. Zbrodnie przypadkowe zdarzały się według niego nader rzadko.

Rozważając przyjętą wersję wydarzeń doszedł wreszcie do odpowiednich wniosków. Jeśli włamywacz szukał czegoś, co znajdowało się w hipotetycznym sejfie, to zniszczenie szafki na lekarstwa było zupełnie bezcelowe. Jeśli tak, to kradzież morfiny również była bezcelowa i najprawdopodobniej nie miała miejsca. Rabinson miał rację twierdząc, ze to wszystko wydaje się zbyt oczywiste.

Ray postanowił poważnie porozmawiać z doktorem. Czekał jednak aż zostanie z nim sam na sam.
- Czy w wiosce nie pojawił się żaden nowy przybysz? – zagadnął sierżanta.
- Nie. Rozmawiałem z ludźmi. Oni zazwyczaj widzą wszystko. Tym razem jednak moje pytania trafiały w próżnię.
- Ja niestety z takim samym efektem próbowałem się wczoraj czegoś dowiedzieć. Nasz przyjaciel dobrze się ukrył.

Robinson chciał porozmawiać z doktorową, jednak Blueberry nie wyraził zgody.
- Moja żona powiedziała, ze może rozmawiać jedynie z panem Sparrowem.

Inspektor uśmiechnął się pod nosem, jednak Ray zlekceważył to. Udał się prosto do pokoju gościnnego. Tym razem Cynthia był w pełni przytomna. Miała na sobie skromną, ciemnoszarą suknię. Widocznie w ten sposób chciała okazać żal po stracie przyjaciółki. Jej jasne włosy były starannie ułożone, a wypielęgnowane dłonie spoczywały na grubym pledzie okrywającym nogi.
- Mąż powiedział, ze nie powinnam się przemęczać. Nie pozwala mi nic robić w domu. Wszystko jest na głowie biednej Elsie – przerwała jednak swoje narzekania. Wiedziała, że Sparrow to nie człowiek, który chciałby tego słuchać. – Niech pan pyta detektywie – spojrzała na niego wyzywająco.
- Mam tylko jedno pytanie pani Blueberry. Rozmawiałem już na ten temat z różnymi osobami. Proszę sobie przypomnieć przyjęcie i możliwie jak najdokładniej powiedzieć mi, kto wchodził z salonu. Proszę się skoncentrować na mężczyznach.
- Zastanawiałam się już nad tym. Mój mąż wcale nie wychodził. Tego mogę być pewna. Pułkownik opuścił przyjęcie na jakieś pół godziny, powiedział, że musi nadać ważną wiadomość. Nie wiem jednak, czy wychodził gdzieś jeszcze. Pastor znikał najczęściej, ale pastorowa powiedziała mi, że ma on problemy z żołądkiem, sam pan rozumie. Poza tym… Nasz aptekarz wychodził kilka razy na papierosa z tym niepozornym, bladym człowieczkiem. To Albert, znajomy mojego męża. Ron nie uznaje palenia w domu. Chyba nic więcej nie będę sobie w stanie przypomnieć.
- I tak mi pani pomogła – posłał jej czarujący uśmiech i wyszedł.

To, co powiedziała Cynthia zgadzało się z tym, co pamiętał on sam, a także inspektor oraz pozostali goście, z którymi udało mu się porozmawiać.

W salonie, popijając herbatę, czekał na niego zniecierpliwiony Howard. Znał Ray’a od lat, więc wiedział, czego może się po nim spodziewać. Zawsze jednak sprawiał wrażenie zaskoczonego jego pomysłami i metodami.

Teraz obaj udali się na spóźnione śniadanie. Sparrow był niezwykle milczący. To było do niego niepodobne. Inspektor otrzymał wiadomość, którą natychmiast podzielił się z przyjacielem.
- Nie wiem, jak to się ma do twojej teorii, ale trzy dni temu w Worcester nie było żadnej konferencji lekarskiej. Przynajmniej według moich skromnych źródeł.
- To idealnie pasuje do mojej teorii. Niech padnę trupem, jeśli nie rozgryzłem Blueberry’ego! – wykrzyknął entuzjastycznie.

Z tymi słowami opuścił Maroona i udał się do domu doktora. Poczekał, aż dwaj obecni pacjenci wyjdą i ku niezadowoleniu i rosnącej irytacji wszedł do jego gabinetu.
- Będę oszczędzał słowa i to wyłącznie dla pana dobra Blueberry. Mam tylko jedno pytanie. Ono wszystko wyjaśni. Kiedy zgłosi się kurier?

Doktor wytrzeszczył oczy. Zbladł, a potem spurpurowiał.
- Sparrow, nie wiem kim jesteś ale...
- Doktorze, ja dbam o pana dobro, więc powinien pan to uszanować. Kiedy? – powtórzył.
- Za dwa dni – odpowiedział zrezygnowanym głosem.
- Teraz mnie pan posłucha. Proszę wysłać żonę do rodziny, przyjaciółki, albo na zakupy do Londynu. Trzymanie jej w zamknięciu niczego nie zdziała, jeśli zajdzie taka ewentualność i na nią przyjdzie kolej. Proszę to załatwić natychmiast.

Blueberry, gdyby nie miał większych zmartwień na głowie, prawdopodobnie zająłby się teraz skręceniem karku Ray’a. Chwilowo jednak, detektyw jako jedyny, poza włamywaczem oczywiście, znał jego tajemnicę i w dodatku był jego sprzymierzeńcem.

Jeszcze tego samego dnia Cynthia wyjechała do siostry mieszkającej w Londynie. Bardzo odpowiadał jej taki obrót spraw.

Ray postanowił czuwać w pobliżu miejsca zbrodni. Doktor czuł się w jakiś sposób zobowiązany, więc postanowił, że razem będą pilnować gabinetu. Tej nocy nie wydarzyło się jednak nic ciekawego. Rano obaj jedli śniadanie przygotowane przez Elsie. Nie silili się na wzajemne uprzejmości. Zdawali sobie doskonale sprawę, ze połączyła ich sprawa czysto służbowa. Sparrow był ostatnią osobą, z którą doktor chciałby mieć cokolwiek wspólnego. Tolerował go jednak, bo nie miał innego wyjścia.

Detektyw nie zaprzątał sobie myśli osobą doktora. Włamywacz miał jeszcze dwadzieścia cztery godziny na podjęcie ostatniej próby. Poprzednie dwie były dokładnie zaplanowane, przy trzeciej mogło mu jednak nie wystarczyć zimnej krwi. Tego właśnie Ray obawiał się najbardziej. Ten człowiek już raz zabił i w akcie desperacji mógł się do tego posunąć po raz kolejny.

Po śniadaniu dokładnie obejrzał gabinet doktora. Niestety nie znalazł tam miejsca, w którym mógłby się ukryć i musiał zadowolić się poczekalnią. Wnęka w ścianie korytarza nie była może wymarzonym miejscem, ale po zasłonięciu jej wieszakiem na płaszcze stanowiła w miarę dobry punk obserwacyjny.

Kolejne godziny mijały leniwie. Pacjenci przychodzili i odchodzili. Ray’a bolały wszystkie mięśnie i zdążył stracić już wiarę we własną teorię. Prawie uwierzył w słowa inspektora, że tylko on widzi w tym wszystkim jakąś większą aferę. Był zmęczony i głodny.

Zbliżała się godzina kończąca przyjęcia pacjentów. „Teraz, albo nigdy!” pomyślał Ray. Włamywacz miał ostatnią okazję, żeby bez podejrzeń dostać się do gabinetu doktora. Skoro do tej pory nie udało mu się odnaleźć interesującej go rzeczy, to tylko Blueberry mógł mu wskazać miejsce, gdzie ją ukrył. To była ostatnia hipoteza podpierająca walącą się teorię Sparrowa. Jednak kiedy ostatni pacjent, po uzyskaniu porady lekarskiej, wyszedł bocznymi drzwiami i znikł z pola widzenia detektywa, ten zwątpił i prawie się poddał.

Doktor zamknął dokładnie okno i opuścił gabinet, przekręcając klucz w drzwiach. Dla pewności pociągnął za klamkę, a potem skierował swoje kroki do kuchni.
- Sparrow, należy nam się obiad. Nie wiem jak ty, ale ja z tych nerwów jestem strasznie głodny.

Ray mruknął coś niezrozumiałego i ruszył za Blueberrym. Nie miał nic do powiedzenia. Elsie podała im obiad i wróciła do kuchni. Ciszę można było kroić nożem.

Sparrow miał zamiar opuścić już doktora, jednak ten zaproponował herbatę. Była to niedbale rzucona oferta, jednak w głosie Rona było coś, co kazało Ray’owi zostać.

Walenie do drzwi nie pozwoliło im w spokoju opróżnić filiżanek z aromatycznego napoju.
- Jak dobrze, że cię zastałem. Mój kuzyn zachorował, musisz mu pomóc.

Detektyw wyjrzał na korytarz. Zobaczył pastora, który prowadził słaniającego się na nogach młodego mężczyznę.
- Dostał jakiegoś ataku – mówił dalej przerażony. – Nie mam pojęcia, co to może być.
- Dobrze, zaprowadzimy go do mojego gabinetu.

Po chwili pastor wszedł do salonu. Elsie przyniosła mu herbatę. Wyczerpany opadł na fotel i otarł chustką spocone czoło. Wyglądał na przerażonego. Ray pomyślał, że to rzeczywiście musiał być jakiś nagły i poważny atak, skoro doprowadził biednego duchownego do takiego stanu.
- To pana kuzyn pastorze? – zapytał Ray.
- Właściwie to kuzyn mojej żony. Zatrzymał się u nas na kilka dni. Że tez musiało mu się przytrafić coś takiego – westchnął.
- Pójdę sprawdzić, czy doktor nie potrzebuje pomocy.
- Na pewno nie – pospieszył z zapewnieniem pastor. – Gdyby tak było, to na pewno poprosiłby mnie, żebym z nim został.

Na kilka minut zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją wystrzał z pistoletu. Ray natychmiast rzucił się do drzwi.
- Nie radziłbym, detektywie – pastor zagrodził mu drogę, jednak Sparrow odepchnął go i pobiegł do gabinetu doktora.

Wyciągnął broń i otworzył drzwi. Wycelował w nieznajomego, jednak tamten nie pozostał dłużny i skierował swój rewolwer w stronę Raya. Blueberry siedział pod ścianą z przestrzelonym ramieniem. Jego pistolet leżał na środku gabinetu.
- Radzę rzucić broń. Pan z tą swoją pukawką nie stanowi dla mnie najmniejszego zagrożenia. Chyba chce pan opuścić to miejsce w jednym kawałku, prawda detektywie?

Była to kusząca propozycja. Ray ku zdziwieniu doktora położył broń na podłodze. Wyglądał na pokonanego.

Nagle w drzwiach stanął umundurowany policjant. Sparrow wykorzystując chwilę zamieszania rzucił się na nieznajomego i przygwoździł go do podłogi. Tamten zdążył wystrzelić, jednak na szczęście trafił w ścianę.
- Dobra robota Brown. W samą porę – rzucił w kierunku policjanta. Doktora wyraźnie to zdziwiło. Nie zdawał sobie sprawy, że jest pod podwójną opieką. – Biegnijcie po sierżanta Robinsona.

Godzinę później, przy szklaneczce whisky, Blueberry nadal nie mógł pojąć, jak Ray go rozszyfrował.
- Po prostu poskładałem pewne fakty w jedną całość. Do myślenia dała mi chociażby konferencja lekarska, której nie było. Zacisze gabinetu, do którego każdy może wejść jako pacjent, jest idealnym miejscem do wymiany informacji.
- A ten drań Reilly?
- Pewnego słonecznego poranka udałem się na spacer do zamku Yorków i wróciłem okrężną drogą. Dom pastora znajduje się na skraju wioski. Zdziwiłem się, że nie ma nikogo w ogrodzie, ani na tarasie, a wszystkie okna są szczelnie zasłonięte. Podobnie w kościele. Pastora można było zastać tylko w czasie mszy. Kilka osób zdążyły wyrazić zdziwienie, a nawet oburzenie tym faktem, zwłaszcza, że nie chciał też przyjmować nikogo w domu. Potem udało mi się znaleźć dziewczynę, która pracuje tam jako dochodząca pokojówka. Dowiedziałem się, że do pastorowej przyjechał ktoś z rodziny. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Nasz ptaszek uwił sobie tam gniazdko i szantażując pastora zmusił go do współpracy.

Kiedy Ray opuszczał dom doktora, ten zatrzymał go jeszcze na chwilę.
- Sparrow, jestem ci winien przysługę – detektyw w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.
- Proszę pozdrowić ode mnie żonę.

Ray pogwizdując wesoło pojawił się wreszcie w wynajmowanym pokoju. Inspektora doszły już słuchy o strzelaninie i aresztowaniu mężczyzny podejrzanego o dokonanie morderstwa i włamania. Nie wątpił, ze największa zasługę miał w tym wszystkim właśnie Ray.
- Gdzie ty się do cholery podziewałeś? Powiesz mi wreszcie, kim jest Blueberry?
- Blueberry? Jakby ci to powiedzieć – zniżył głos. – Nasz doktorek to tajny agent w służbie jego królewskiej mości.

Inspektor nie zapytał o nic więcej. Wszystko stało się jasne. Niechętna współpraca, bezsensowne trzymanie się wersji o kradzieży narkotyku, nienaturalne zdenerwowanie.
- Powiedz mi jeszcze jedno. Czy był tam jakiś sejf?
- Oczywiście. W gabinecie pod podłogą – odpowiedział z satysfakcją Sparrow.

Copyright by czarrna
2005-2009