![]() |
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
|
menu :: Strona główna :: Cala ja :: Opowiadania :: Kocia galeria
Strona w sieci od 12 V 2005 r.
|
Pani Blueberry kiwała z zadowoleniem głową. Przyjęcie się udało. Musiało się udać. W końcu przyszły wszystkie miejscowe osobistości. Cynthia Blueberry wydała to przyjęcie z myślą, ze się uda. W jej życiu wszystko się udawało. Skończyła renomowaną szkołę dla dziewcząt, wyszła za mąż za szanowanego lekarza, a teraz wydawała przyjęcia, jak przystało na dobrą panią domu. Ronald Blueberry był od niej starszy o czternaście lat. Nie interesowały go przyjęcia, ogród, ani najnowsze przepisy na ciasto z owocami. Lubił za to przebywać w towarzystwie miejscowych osobistości. Czuł się do tego właśnie stworzony. Sam w końcu tez był miejscową osobistością. Właśnie dzisiaj świętował dwudziestolecie praktyki lekarskiej, co Cynthia wykorzystała do wydania tego przyjęcia. W St. Clauds każdy powód był dobry do wydania przyjęcia. Pani Bleuberry spoglądała z dumą na gości. Oni również spoglądali na siebie z dumą. Pastor Wells i pułkownik MacPeters zajęci byli rozmową na tematy wagi państwowej. Pastorowa wymieniała uwagi na temat obyczajów dzisiejszej młodzieży z panią Levercoy, siostrzenicą lorda Irvinga. Inspektor Maroon rozprawiał z Terrym Mascombem, aptekarzem, o truciznach i trucicielach. Pozostali goście nie byli już takimi osobistościami, ale Cynthia lubiła ich lub szanowała. Jedyną osobą, na którą spoglądała z dezaprobatą, był Raymond Sparrow. Inspektor przebywał w St. Clauds na urlopie i chętnie przyjął zaproszenie pani Blueberry, jednak pod warunkiem, że będzie mógł przyjść ze swoim przyjacielem. Raymond był owym przyjacielem. Czarne włosy sięgające do ramion miał związane tasiemką. Nosił niewielką bródkę, a na pociągłej, opalonej twarzy nieustannie gościł tajemniczy uśmiech. Jego garnitur był nienaganny, maniery również, jednak Cynthia bardzo chętnie pozbyłaby się go ze swojego domu. Gdy spoglądał na nią swoimi ciemnymi oczami przeszywał ją dreszcz. Gdyby ktoś zapytał, jak jej zdaniem wygląda wielokrotny morderca bez zastanowienia wskazałby na Raya Sparrowa. Kiedy ostatni gość opuścił dom Blueberrych, Cynthia odetchnęła z ulgą. To było naprawdę udane przyjęcie pomyślała raz jeszcze. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku usiadła z mężem w salonie przy filiżance herbaty. Coś jednak nie dawało jej spokoju.
Cynthia nie powiedziała już ani słowa, nie chcąc, żeby mąż rozpoczął wykład na temat osób jej pokroju. Milly była żoną mleczarza. Nie należała do miejscowych osobistości, ale była bardzo uczynną, ciepłą kobietą. Niestety była również mało inteligentna i wyjątkowo naiwna. Cynthia bardzo ją lubiła i nie zwracała uwagi na Rona, który nie tolerował osób niewykształconych lub nie działających aktywnie w jakimś kierunku.
Cynthia skierowała swoje kroki do sypialni. Jakieś niewyraźnie przeczucie nie dawało jej spokoju. Kiedy stanęła w drzwiach pokoju, zobaczyła Milly śpiąca na łóżku.
Jednak kobieta nie odpowiadała. Cynthia podeszła i dotknęła jej ramienia. Skóra Milly była nienaturalnie blada. Wyglądała, jakby spała, jednak były to tylko pozory. Nie żyła. Cynthia przez chwilę stała bez ruchu. Jej serce zamarło. Nie rozumiała tego, co zobaczyła. Wydało jej się to koszmarnym snem. W końcu puściła ramie Milly, wybiegła z sypialni i co sił w nogach zbiegła po schodach. Półprzytomna z przerażenia otworzyła drzwi do gabinetu doktora Blueberryego.
Ronald zadziałał błyskawicznie. Ocucił żonę i podał jej proszki na uspokojenie. Już sam jego głos działał jak lekarstwo.
Doktor Blueberry niechętnie wyszedł z gabinetu i skierował swoje kroki na piętro. Nie wierzył żonie. Wiedział, ze denerwowała się całym tym przyjęciem i że mogło jej się coś po prostu przywidzieć z wyczerpania. Zamarł jednak, gdy stałą w drzwiach sypialni i spojrzał na łóżko. Milly rzeczywiście tam leżała. Podszedł do niej i sprawdził puls. Nawet bez tego wiedział, ze kobieta rzeczywiście nie żyje. Miał ochotę cofnąć teraz wszystko, co pomyślał żonie. Cynthia nie wpadała w panikę bez powodu. Wrócił do gabinetu.
Cynthia bez słowa wyszła z gabinetu. To było dla niej za dużo jak na jeden dzień. Chciała zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim. Łudziła się, ze okaże się to jedynie koszmarnym snem. Pogrążyła się we śnie niemal natychmiast po tym jak tylko położyła się w pokoju gościnnym. Niemałą zasługę miały w tym pigułki podane przez męża. Pół godziny później przed domem Blueberrych pojawił się sierżant Robinson w towarzystwie inspektora Maroona i Raya Sparrowa. Doktor zdziwił się trochę obecnością trzeciego z mężczyzna, ale nie protestował. Wiedział, ze Scotland Yard ma swoje metody. Podobnie jak żona nie miał jednak zaufania do tego obcokrajowca.
Ray, który stał z boku i nie zabierał głosu, rozejrzał się po pokoju. Nie natrafił na nic, co mogłoby być wykorzystane jako narzędzie zbrodni. Poza tym ofiara leżała ułożona na wznak, a ciosy zadano jej od tyłu. Ktoś zadał sobie wiele trudu, bo usunąć ją z rzeczywistego miejsca zbrodni. Milly była wysoką, odrobinę otyłą kobietą. Przetransportowanie jej martwego, bezwładnego ciała było nie lada wyczynem. Ray opuścił sypialnię i rozejrzał się po pozostałych pomieszczeniach domu. W końcu znalazł to, czego szukał. Zanotował też w pamięci kilka istotnych szczegółów dotyczących rozmieszczenia pokoi.
Była to odlana z brązu rzeźba przedstawiająca króla Jerzego V na koniu. Jej prostokątna podstawa miała kształt odpowiadający zadanym ranom. Ronald Blueberry spurpurowiał.
Doktor z trudem się opanował. Wyglądał, jakby chciał natychmiast uciec i sprawdzić, czy nie zostawił na miejscu zbrodni innych obciążających go śladów. Tak przynajmniej myślał inspektor.
Ronald Blueberry niechętnie poprowadził inspektora i sierżanta do swojego gabinetu i wskazał miejsce, z którego Ray zabrał rzeźbę. Na podłodze nie było śladów krwi. Nie było też śladów włamania.
Ciało zostało zabrane, a wszyscy przedstawiciele służb policyjnych opuścili dom Blueberrych. Howard Maroon i Ray Sparrow wynajmowali dwa skromne pokoje i odległym końcu wioski. Teraz podążali wolnym krokiem w tamtym kierunku, oddychając rześkim, nocnym powietrzem. Żaden z nich nie powiedział ani słowa. Zajęci byli układaniem najbardziej prawdopodobnej teorii dotyczącej morderstwa Milly Hoskins. Obaj widzieli tę zbrodnię inaczej i gdzie indziej szukali podejrzanych. Tymczasem doktor Blueberry jeszcze raz, dokładnie sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. W końcu położył się spać. Ta głupia gęś, Milly, musiała im przeszkodzić, chociaż raz się do czegoś przydała, a ten natręt Sparrow niczego nie zauważył pomyślał z zadowoleniem i zasnął. Jak na razie jego planom nic nie zagrażało. Inspektor zatrzymał się przed drzwiami do swojego pokoju.
Detektyw spojrzał na przyjaciela z uśmiechem. Chwilę później popijali whisky i omawiali sprawę morderstwa.
Detektyw wstał wcześnie rano. Wbrew przypuszczeniom Maroona udał się długi spacer. W wiosce pojawił się dopiero na obiad, który zamówił w gospodzie Pod stuletnim dębem. Dopiero wtedy złożył wizytę Robinsonowi, który mimo, ze nie był kobietą chętnie podzielił się z nim swoimi spostrzeżeniami.
Było to całkiem logiczne pytanie. Ray zapewnił sierżanta, ze znajdzie na nie odpowiedź. Zgodnie z jego przypuszczeniami doktor już trzykrotnie stracił zapasy morfiny, jednak ostatni z tych wypadków miał miejsce siedem lat temu. Od tamtej pory skutecznie strzegł swojego gabinetu. Podczas przesłuchania przekonywał jednak Robinsona, że jedynym możliwym motywem jest właśnie włamanie, a Robinson nie był na tyle głupi, żeby tak jawną sugestię uznać za właściwą. Sierżant zamienił z doktorową jedynie kilka słów. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku spowodowanego znalezieniem trupa i raczej nie była w stanie odpowiadać na jego pytania. Raport lekarza policyjnego potwierdzał słowa Blueberryego. Śmierć miała miejsce miedzy osiemnastą, a dziewiętnastą. Rzeźba rzeczywiście okazała się być narzędziem zbrodni, jednak wszystkie ślady starannie z niej starto. Odcisk buta niewiele dawał. Włamywacz miał na sobie popularnie używane obuwie sportowe. Taki sam rozmiar nosiła połowa mieszkańców St. Clouds, zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet. Na pewno nie należał do doktora, ponieważ był on wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną, a co za tym idzie miał dużą stopę. Zresztą nie mógł się przecież włamać sam do siebie pomyślał Ray. Uzyskawszy niezbędne informacje od Robinsona, Sparrow postanowił odwiedzić doktora. Blueberry niechętnie wpuścił go do domu.
Doktor spełnił jego prośbę i po chwili drzwi prowadzące do poczekalni zostały otwarte. Sparrow wyszedł na zewnątrz, obszedł dom dookoła, podszedł do furtki, a potem do drugich drzwi. Potrząsną z niezadowoleniem głową. Wyszedł do ogrodu i znalazł drugą furtkę. Wracając wszedł do domu przed drzwi prowadzące do poczekalni i gabinetu doktora. Teraz był zadowolony. Krótki korytarz pełniący funkcję poczekalni kończył się drzwiami, które nie były zamykane na klucz i łączyły poczekalnię z drugim korytarzem prowadzącym do frontowych drzwi. W miejscu, gdzie łączyły się oba korytarze były schody prowadzące na piętro. Najbliżej gabinetu znajdowały się drzwi do salonu. W salonie jednak przebywali goście, więc morderca musiał się przemknąć z ciałem Milly na górę. Tylko tam mógł je ukryć. Ray wszedł na piętro i otworzył najbliższe klatce schodowej drzwi. Była to sypialnia. Wybór wydawał się więc logiczny. Gdyby któryś z gości wszedł tam przez przypadek, stwierdziłby, ze Milly się zdrzemnęła. Blueberry po chwili obserwowania wyczynowych spacerów Raya uznał go za niegroźnego i wrócił do swojego gabinetu. Pukanie oderwało go od pracy.
Nie czekając na słowa zachęty Ray zaczął opowiadać o mieście, w którym się wychował. Opisywał urocze zakątki i monumentalne budowle. Mówił o spacerach mostem Westchnień przy świetle księżyca odbijającym się od lustra wody. Z fotograficzną precyzją opisał bogactwo pałacu Dożów. Westchnienia pani Blueberry wywołały uśmiech satysfakcji na jego twarzy.
Spojrzała na niego przytomnie. Nie miała wyjścia, musiała odpowiedzieć na jego pytania. Mówiła o Milly, o tym, że wszystkim pomagała, ale nikomu się nie narzucała, ze miała ciężkie życie, bo w wieku szesnastu lat wyszła za mąż i opuściła rodzinne strony, ze miała trójkę dzieci, z których wychowaniem nie umiała sobie poradzić. Ray był teraz pewien, ze była ona przypadkową ofiarą, a morderstwo było po prostu wypadkiem.
Ray przypuszczał jednak, że doktor nie miewa zbyt wielu gości, a Cynthia to potwierdziła. Jak na razie nie miał więcej pytań. Pani Blueberry i tak powiedziała mu więcej niż Robinsonowi.
Inspektor wolał nie pytać, czy to w ogóle jest istotne. Wolał już o nic nie pytać. Marzył o chwili spokoju. Najlepiej z daleka od Sparrowa. Zastanawiał się, co go skłoniło do spędzenia kilku dni urlopu w towarzystwie detektywa. Nie dane mu nawet było wyspać się rano. Obudziło go pukanie do drzwi. Posłaniec przyniósł wiadomość o włamaniu do gabinetu doktora Blueberryego. W zasadzie przyniósł ją Rayowi, ale detektyw nie omieszkał, obudzić przyjaciela.
Nie jedząc nawet śniadania udali się obaj do domu doktora. Sierżant wyglądał na zawiedzionego i niezadowolonego.
Ray z zainteresowaniem obejrzał najpierw ścieżkę prowadząc do bocznych drzwi, potem okno, a na końcu wnętrze gabinetu. Ktoś rzeczywiście musiał się tam napracować. Podłogę pokrywały papiery dosłownie wymiecione z szuflad biurka i półek. Obrazy ze ścian zostały zrzucone, a szafka na leki roztrzaskana. Ten bałagan wydał się Rayowi jakiś dziwny, nienaturalny. Dłuższą chwilę stał bez ruchu. Jeśli było to dzieło morfinisty w potrzebie to wszystko by do siebie pasowało. Jednak Sparrow przyjął, że to nie było jego dzieło. Taki człowiek rzeczywiście mógłby dokonać pierwszego włamania, jednak musiałby zostać spełniony szereg warunków. Po pierwsze, musiałby wiedzieć, ze w domu odbywa się przyjęcie. Po drugie, doktor przez przypadek musiałby zostawić otwarte okno. Po trzecie, ten przypadkowy człowiek musiałby wiedzieć, gdzie jego gabinet doktora oraz druga furtka, bo tylko wchodząc boczną furtką pozostałby niewidoczny dla gości w salonie. Ten człowiek musiałby mieć zdecydowanie dużo szczęścia. Zostawała wiec druga możliwość. Włamania dokonał człowiek, który wiedział, ze odbywa się przyjęcie, że istnieje boczne wejście i że w środku jest ktoś, kto otworzy mu okno. Ta wersja nie wymagała szczęście tylko planu, a Ray uważał, że każde przestępstwo musi być wcześniej zaplanowane. Zbrodnie przypadkowe zdarzały się według niego nader rzadko. Rozważając przyjętą wersję wydarzeń doszedł wreszcie do odpowiednich wniosków. Jeśli włamywacz szukał czegoś, co znajdowało się w hipotetycznym sejfie, to zniszczenie szafki na lekarstwa było zupełnie bezcelowe. Jeśli tak, to kradzież morfiny również była bezcelowa i najprawdopodobniej nie miała miejsca. Rabinson miał rację twierdząc, ze to wszystko wydaje się zbyt oczywiste. Ray postanowił poważnie porozmawiać z doktorem. Czekał jednak aż zostanie z nim sam na sam.
Robinson chciał porozmawiać z doktorową, jednak Blueberry nie wyraził zgody.
Inspektor uśmiechnął się pod nosem, jednak Ray zlekceważył to. Udał się prosto do pokoju gościnnego. Tym razem Cynthia był w pełni przytomna. Miała na sobie skromną, ciemnoszarą suknię. Widocznie w ten sposób chciała okazać żal po stracie przyjaciółki. Jej jasne włosy były starannie ułożone, a wypielęgnowane dłonie spoczywały na grubym pledzie okrywającym nogi.
To, co powiedziała Cynthia zgadzało się z tym, co pamiętał on sam, a także inspektor oraz pozostali goście, z którymi udało mu się porozmawiać. W salonie, popijając herbatę, czekał na niego zniecierpliwiony Howard. Znał Raya od lat, więc wiedział, czego może się po nim spodziewać. Zawsze jednak sprawiał wrażenie zaskoczonego jego pomysłami i metodami. Teraz obaj udali się na spóźnione śniadanie. Sparrow był niezwykle milczący. To było do niego niepodobne. Inspektor otrzymał wiadomość, którą natychmiast podzielił się z przyjacielem.
Z tymi słowami opuścił Maroona i udał się do domu doktora. Poczekał, aż dwaj obecni pacjenci wyjdą i ku niezadowoleniu i rosnącej irytacji wszedł do jego gabinetu.
Doktor wytrzeszczył oczy. Zbladł, a potem spurpurowiał.
Blueberry, gdyby nie miał większych zmartwień na głowie, prawdopodobnie zająłby się teraz skręceniem karku Raya. Chwilowo jednak, detektyw jako jedyny, poza włamywaczem oczywiście, znał jego tajemnicę i w dodatku był jego sprzymierzeńcem. Jeszcze tego samego dnia Cynthia wyjechała do siostry mieszkającej w Londynie. Bardzo odpowiadał jej taki obrót spraw. Ray postanowił czuwać w pobliżu miejsca zbrodni. Doktor czuł się w jakiś sposób zobowiązany, więc postanowił, że razem będą pilnować gabinetu. Tej nocy nie wydarzyło się jednak nic ciekawego. Rano obaj jedli śniadanie przygotowane przez Elsie. Nie silili się na wzajemne uprzejmości. Zdawali sobie doskonale sprawę, ze połączyła ich sprawa czysto służbowa. Sparrow był ostatnią osobą, z którą doktor chciałby mieć cokolwiek wspólnego. Tolerował go jednak, bo nie miał innego wyjścia. Detektyw nie zaprzątał sobie myśli osobą doktora. Włamywacz miał jeszcze dwadzieścia cztery godziny na podjęcie ostatniej próby. Poprzednie dwie były dokładnie zaplanowane, przy trzeciej mogło mu jednak nie wystarczyć zimnej krwi. Tego właśnie Ray obawiał się najbardziej. Ten człowiek już raz zabił i w akcie desperacji mógł się do tego posunąć po raz kolejny. Po śniadaniu dokładnie obejrzał gabinet doktora. Niestety nie znalazł tam miejsca, w którym mógłby się ukryć i musiał zadowolić się poczekalnią. Wnęka w ścianie korytarza nie była może wymarzonym miejscem, ale po zasłonięciu jej wieszakiem na płaszcze stanowiła w miarę dobry punk obserwacyjny. Kolejne godziny mijały leniwie. Pacjenci przychodzili i odchodzili. Raya bolały wszystkie mięśnie i zdążył stracić już wiarę we własną teorię. Prawie uwierzył w słowa inspektora, że tylko on widzi w tym wszystkim jakąś większą aferę. Był zmęczony i głodny. Zbliżała się godzina kończąca przyjęcia pacjentów. Teraz, albo nigdy! pomyślał Ray. Włamywacz miał ostatnią okazję, żeby bez podejrzeń dostać się do gabinetu doktora. Skoro do tej pory nie udało mu się odnaleźć interesującej go rzeczy, to tylko Blueberry mógł mu wskazać miejsce, gdzie ją ukrył. To była ostatnia hipoteza podpierająca walącą się teorię Sparrowa. Jednak kiedy ostatni pacjent, po uzyskaniu porady lekarskiej, wyszedł bocznymi drzwiami i znikł z pola widzenia detektywa, ten zwątpił i prawie się poddał. Doktor zamknął dokładnie okno i opuścił gabinet, przekręcając klucz w drzwiach. Dla pewności pociągnął za klamkę, a potem skierował swoje kroki do kuchni.
Ray mruknął coś niezrozumiałego i ruszył za Blueberrym. Nie miał nic do powiedzenia. Elsie podała im obiad i wróciła do kuchni. Ciszę można było kroić nożem. Sparrow miał zamiar opuścić już doktora, jednak ten zaproponował herbatę. Była to niedbale rzucona oferta, jednak w głosie Rona było coś, co kazało Rayowi zostać. Walenie do drzwi nie pozwoliło im w spokoju opróżnić filiżanek z aromatycznego napoju.
Detektyw wyjrzał na korytarz. Zobaczył pastora, który prowadził słaniającego się na nogach młodego mężczyznę.
Po chwili pastor wszedł do salonu. Elsie przyniosła mu herbatę. Wyczerpany opadł na fotel i otarł chustką spocone czoło. Wyglądał na przerażonego. Ray pomyślał, że to rzeczywiście musiał być jakiś nagły i poważny atak, skoro doprowadził biednego duchownego do takiego stanu.
Na kilka minut zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją wystrzał z pistoletu. Ray natychmiast rzucił się do drzwi.
Wyciągnął broń i otworzył drzwi. Wycelował w nieznajomego, jednak tamten nie pozostał dłużny i skierował swój rewolwer w stronę Raya. Blueberry siedział pod ścianą z przestrzelonym ramieniem. Jego pistolet leżał na środku gabinetu.
Była to kusząca propozycja. Ray ku zdziwieniu doktora położył broń na podłodze. Wyglądał na pokonanego. Nagle w drzwiach stanął umundurowany policjant. Sparrow wykorzystując chwilę zamieszania rzucił się na nieznajomego i przygwoździł go do podłogi. Tamten zdążył wystrzelić, jednak na szczęście trafił w ścianę.
Godzinę później, przy szklaneczce whisky, Blueberry nadal nie mógł pojąć, jak Ray go rozszyfrował.
Kiedy Ray opuszczał dom doktora, ten zatrzymał go jeszcze na chwilę.
Ray pogwizdując wesoło pojawił się wreszcie w wynajmowanym pokoju. Inspektora doszły już słuchy o strzelaninie i aresztowaniu mężczyzny podejrzanego o dokonanie morderstwa i włamania. Nie wątpił, ze największa zasługę miał w tym wszystkim właśnie Ray.
Inspektor nie zapytał o nic więcej. Wszystko stało się jasne. Niechętna współpraca, bezsensowne trzymanie się wersji o kradzieży narkotyku, nienaturalne zdenerwowanie.
|
||||
![]() |
![]() |
||||
|
|
|
|
|
|
|
| Copyright by czarrna 2005-2009 | |||||