![]() |
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
|
menu :: Strona główna :: Cala ja :: Opowiadania :: Kocia galeria 12 V 2005 r.
Ostatnia aktualizacja 12 XI 2009 r.
|
Ciemność przeszła nagle, bez ostrzeżenia, w błysk ostrego, połu-dniowego słońca. A potem był ból. I fala wspomnień z poprzedniego wieczoru... Milena otworzyła oczy, tym razem powoli. Nie w pełni jej się udało. Jedno oko miał tak zapuchnięte, że ledwie mogła unieść powiekę. Zo-baczyła wszechobecną biel. Białe ściany, firanki, pościel. Była w szpitalu. Jak przez mglę pamiętała, że przyjechała karetka. Przymknęła oczy, nie chciała do tego wracać, dopóki nie musiała. Wiedziała, że pojawi się wielu ludzi, którzy będą wypytywać o wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Czuła ból. Dotknęła dłonią twarzy. Miała opatrunek nad lewym okiem i na policzku. Prawą rękę miała usztywnioną, ale nie w gipsie. Czuła jak fala gorączki rozlewa się z okolic łona na całe ciało, tam bolało najbardziej. Chciała zwinąć się w kłębek i zapomnieć o całym świecie, znaleźć się daleko stąd, daleko w czasie i przestrzeli. Nie pamiętać. Nie czuć. Nie być. Pojawiła się kobieta ubrana na biało i nie był to anioł. Spojrzała na Milenę ze współczuciem, poprawiła poduszkę i okryła ją kocem, widząc jak się trzęsie.
Mila już nie słuchała. Podciągnęła kołdrę pod brodę i zamknęła oczy. Rada pielęgniarki nie była tym, czego potrzebowała. Rodzice... Chciała, żeby zabrali ją z tego miejsca do domu. Żeby nie musiała z nikim rozmawiać, żeby mogła zaszyć się w swoim dawnym pokoju i nie musieć utrzymywać kontaktów ze światem. Nie mogło być jednak całkiem kolorowo. Przeprowadzka do mieszkania była jej pomysłem, z którego rodzice nie byli zadowoleni. Uważali, że akademik jest bezpieczniejszy. Właśnie tak argumentowali swoje stanowisko. Będą się martwić, troszczyć i pielęgnować swoją kochaną córeczkę, ale niewypowiedziane słowa zawisną między nimi. Mila wiedziała, że oprócz strachu odczuwają żal za to, że postawiła na swoim. Dopiero teraz, fragmentami, docierało do niej to, co wydarzyło się w nocy. Karetka, szpital, badanie ginekologiczne, szwy, prześwietlenie, krew do badań na HIV... Czuła się, jakby oglądała kiepski film. Główna bohaterka, była grana przez marną aktorkę, wydawała z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki, trzęsła się jak w febrze i nie była w stanie ustać na własnych nogach ani chwili, nie wspominając o przejściu kilku kroków. Jedynie charakteryzację miała dobrą. Teraz zamiast krwi były plastry, bandaże i siniaki. Podciągnęła rękawy szpitalnej koszuli i na ramionach zobaczyła fioletowe odciski palców, które nie znikną przez następny miesiąc. Z płytkiego, niespokojnego snu wyrwał ją przyciszony głos pielę-gniarki. Przyszedł ktoś z policji.
Pani aspirant wyciągnęła mały dyktafon. Powiedziała, że musi nagrać zeznanie, żeby potem sporządzić protokół.
Dziewczyna musiała cofnąć się w czasie do momentu, kiedy skończyła zajęcia. Było po dziewiętnastej, kiedy wsiadła do tramwaju. Zapadł już zmrok. Dojechała na swoje osiedle i wysiadła. To był przedostatni przysta-nek na trasie. Słuchała muzyki, więc nie słyszała niczyich kroków. Do bloku miała niecałe dziesięć minut drogi. Kiedy przechodziła koło parku, albo raczej skweru, zauważyła, że latarnia nie świeci, ale nie przejęła się tym. Miała blisko. Nagle poczuła, że ktoś jedna ręką łapie ją za ramię, a drugą zatyka usta. Zaskoczona nie zdążyła zareagować. Próbowała się wyrwać, ale uścisk był zbyt silny. Napastnik zaciągnął ją w najbardziej zadrzewiony zakątek. Pchnął ją na ziemię, a kiedy spróbowała krzyknąć uderzył w twarz. Raz, potem drugi i następny. Poczuła krew w ustach. Mimo tego, że kilka z kopniaków dosięgło celu, napastnik powalił ją na trawę. Kiedy upadła, wiedziała, że jest po wszystkim. Usiadł na niej okrakiem i lewą ręką ściskał jej ramię, a prawą wy-mierzył jeszcze kilka uderzeń. Musiał mieć coś na którymś palcu, bo w pewnym momencie zadrapał ją dość mocno w policzek. Kiedy krew zalała jej jedno oko, przestała się bronić i ukryła twarz w dłoniach. Mila rozpłakała się. Nie chciała pamiętać tego, co się potem wyda-rzyło. Tych informacji mógł udzielić lekarz.
Jej oddech stał się szybki, a serce chciało wyskoczyć z piersi. Ude-rzenie gorąca i powracająca fala bólu, sprawiły, że opadła na poduszkę zano-sząc się płaczem. Bała się. Groził jej. Zabrał portfel, w którym miała dokumenty. Powiedział, że ją znajdzie. Jednak mówiła prawdę, nic nie widziała. Krzyki przywołały lekarza, który zdecydowanym głosem odprawił policjantkę.
Policjantka nie negowała przynajmniej faktu, że to był gwałt, a nie zemsta na byłym chłopaku, czy seks, który wymknął się spod kontroli. Odciski palców były jedną nadzieją na odnalezienie gwałciciela. Znalezione włosy i skóra spod paznokci były bezużyteczne, dopóki nie było ich z czym porównać. Niestety baza danych DNA nie istniała.
Następnego dnia wypisano ją ze szpitala i razem z rodzicami po-jechała do mieszkania. Nie mogła jeszcze wrócić do domu. Policja chciała przynajmniej przez kilka dni mieć ją pod ręką. Na wszelkie wypadek - powiedzieli. Kiedy tylko weszła do pokoju, zdjęła ubranie i położyła się do łóżka. Nic więcej nie była w stanie zrobić. Już w szpitalu, przebierając się w normalne ciuchy, zobaczyła swoje uda. Były granatowe... Żołądek podszedł jej wtedy do gardła. Brzydziła się siebie. On wszędzie zostawił po sobie ślady. Odbił swoje place na skórze, czuła jego dotyk na piersiach i jego członka w sobie. Zaciskała mocno pięści, wbijając do krwi paznokcie w dłonie. Pła-kała bezgłośnie, wtulona w poduszkę. Matka stała nad łóżkiem, ale nie była w stanie nic zrobić. Serce pękało z żalu, oczy były wilgotne od łez. Nie miała mocy, aby pomóc córce. Mila wzdrygnęła się, kiedy próbowała ją objąć. Nie chciała, by ktokolwiek ją dotykał, a słowa w żadem sposób nie mogły ukoić bólu. Kobieta stała z bezradnie opuszczonymi rękami. Wyszła do kuchni i spojrzała na męża, który siedział przy stole z wzrokiem utkwionym w ścianę.
Matka postanowiła zająć się tym, co było jej bliskie, codzienne i bezpieczne. Domowe obowiązki działały uspokajająco, przynajmniej w tej kwestii wiedziała, co robić. Zakupy, obiad, te słowa brzmiały znajomo, nie tak jak gwałt. Ugotowała pyszny, pachnący rosół i zrobiła schabowe. Zaniosła talerz Mili i postawiła na biurku.
Dziewczyna podniosła głowę znad poduszki. Na widok jedzenia poczuła mdłości, ale przemogła się. Nie podejrzewała, że mogłaby być głodna. A jednak. Spojrzała na matkę wzrokiem, w którym był ból, ale i wdzięczność.
Była niedziela. Milena obudziła się wcześnie. Kocur o imieniu Filo spał w nogach łóżka. Kiedy usiadła sięgając po książkę, przeciągnął się z niezadowoleniem i zaczął domagać się uwagi. Dziewczyna uśmiechnęła się i podrapała go pod bródką. Zawsze lubiła koty. Teraz to głównie za ich sprawą w jej oczach pojawiały się malutkie iskierki radości. Wystarczyło jednak, że spojrzała w lustro, a wszelki optymizm mijał. Oczy nadal miała mocno podkrążone, a dwie świeże jeszcze blizny sprawiały nieprzyjemne wrażenie. Siniaki przy-brały kolor zielonkawy i ani myślały zniknąć. Nie rozmawiała z rodzicami na temat tamtego wieczoru. Nadal wiedzieli tylko tyle, ile usłyszeli od lekarza. I tak miło pozostać. Tylko poli-cjantka, która przesłuchiwała ją w szpitalu usłyszała coś ponad stwierdzenie, że została zgwałcona. Nie chciała iść do psychologa, nie chciała nawet o tym słyszeć. Ojciec miał rację, była silna. Choć czuła ból, nikomu o tym nie mówiła. Brzydziła się siebie, ale to był jej problem. Zawsze była zamknięta w sobie i mało towarzyska, miała niewielu przyjaciół, ale dlatego, że ich nie szukała. Z problemami, jakie by one nie były, radziła sobie sama. Teraz zamknęła się w sobie jeszcze bardziej. Nie wychodziła z domu, mówiła tyle, ile musiała, robiła wszystko mechanicznie, często za-chowywała się jakby była nieobecna duchem.
To była jedna z dłuższych wymian zdań w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mila zastanawiała się, czy w ogóle z czymś takim można sobie pora-dzić. Nie mogła do końca życia zajmować się kotami, musiała wrócić na studia, zacząć żyć od nowa, przynajmniej z pozoru normalnie. Nocami śniły jej się koszmary. Wracały przeżycia tamtego wie-czoru. Czasem udawało jej się wyrwać i uciec, ale i tak ją doganiał. Tak jakby takie było przeznaczenie, tak jakby to i tylko to miało się stać. Gdy zrywał z niej majtki i stanik budziła się z krzykiem, zlana potem, z sercem bijąc w szaleńczym tempie. Potem juz nie mogła zasnąć, ani wyłączyć się. Wszystko wracało. Zamykała oczy i widziała kontury pochylonego nad nią mężczyzny. Przed wspomnieniami nie mogła uciec. Od swojego ciała też nie. Nie była w stanie zmyć z siebie pozosta-łości tamtego mężczyzny. Potrafiła szorować się pod strumieniami gorącej wody dopóki skóra nie była czerwona i dopóki nie sprawiało jej to bólu, ale potem i tak czuła się brudna. Kiedy stawała przed lustrem nie poznawała siebie. Kiedyś zoba-czyłaby nawet ładną brunetkę o prostych włosach do ramion, uśmiechniętą, o tajemniczym, inteligentnym spojrzeniu, trochę roztrzepaną i wrzaskliwą, ale w gruncie rzeczy sympatyczną. Teraz widziała obcą osobę. Posiniaczoną, bladą, o zapadniętych policzkach, włosach niedbale związanych w koński ogon, pustym spojrzeniu i z niechęcią do życia emanującą z każdego ruchu. Czy brakowało jej wsparcia? Nie. Rodzice i starszy brat byli jej bardzo oddani, starali się jak mogli, żeby czuła się kochana i bezpieczna. Nie rozpieszczali jej, bo nie dawała im do tego okazji. Jeszcze bardziej mrukliwa niż zwykle snuła się po domu jak cień. Pomagała matce, ale robiła to bez słowa, po prostu, żeby się czymś zająć. Bóle głowy, bezsenność, brak apetytu prowadziły ją na skraj za-łamania nerwowego. Była jednak silna. Musiała wrócić do swoich obowiązków, żeby mieć, jeśli nie chęć, to przymus przeżycia kolejnego dnia.
Mila od tygodnia usiłowała się przemóc i pójść wreszcie na zajęcia. Codziennie rano stawała przed lustrem, ale na swojej twarzy widziała ogromny napis Zostałam zgwałcona i wracała do łóżka. Raz wyszła do sklepu, ale ciekawskie spojrzenie ekspedientki i szepty z klientami, które słyszała wybierając coś do jedzenia i stojąc w kolejce, utwierdziły ją w przekonaniu, że wszyscy o wszystkim wiedzą. Mieszkała tu od roku, ale nigdy nie odczuła, że jest znana. Była jedną z wielu studentek przewijających się po ulicach osiedla. Teraz w windzie, w sklepie, idąc chod-nikiem słyszała przyciszone głosy mówiące To ona. Czy ludzie naprawdę odwracali głowy, gdy ją widzieli? Informacja o gwałcie wstrząsnęła okolicą. Wzmianki na ten temat pojawiły się w lokalnej prasie i telewizji. Matki przestały wypuszczać dzieci po zmroku, a ojcowie osobiście odbierali córki ze szkoły. Jak wszędzie zaczęły krążyć niestworzone historie o tym, co się wydarzyło, rozpowszechniane przez żądne sensacji bezrobotne panie. Wiele z nich było jednak bliskich prawdzie, bo brutalność tego gwałtu nie miała sobie równych ostatnimi czasy. Padały jednak nie tylko życzliwe i pełne współczucia słowa. Zda-rzały się i osoby, które nie mając o niczym pojęcia obwiniały o cała sytuację Milę. Mówiły, że była zbyt wyzywająco ubrana, że się broniła, więc poharatał jej twarz, że powinna się poddać, wtedy wszystko by się dla niej lepiej skończyło. Był ponury listopadowy dzień, kiedy Mila po wykonaniu staran-nego makijażu, pojechała wreszcie na swój wydział. Nie wyglądała na prze-straszoną ani załamaną. Pewnym krokiem wkroczyła do budynku. Przywitała się ze znajomymi z roku, których spotkała, udała, że nie widzi ich współczują-cych lub ciekawskich min, odpowiedziała na wszystkie pytania, przyjęła pomoc w nadrobieniu czterech tygodni nieobecności i usiadła wreszcie na ostatniej ławce na zajęciach z gramatyki praktycznej. Doktor Johnson pominęła jej nazwisko wyczytując listę obecności i Mila dopiero wychodząc z sali uświa-domiła ją o popełnionym błędzie. - Cieszę się, że pani wróciła i jeszcze raz przepraszam. Zapraszam na konsul-tacje, jeśli będzie pani miała problemy z nadrobieniem materiału. Większość osób, zarówno wykładowców jak i studentów, była przekonana, że Mila weźmie urlop dziekański, żeby dojść do siebie, ale ona nawet nie rozważała takiej możliwości. Zwariowałaby siedząc bezczynnie przez rok i różne głupie rzeczy mogłoby przyjść jej do głowy. Trudno było stanąć twarzą w twarz z życiem, ale postawiła sobie diagnozę, że tak będzie najlepiej. Musiała chodzić na zajęcia, czytać książki, myśleć nad tematem pracy magisterskiej, robić zakupy. Jak na razie to wszystko pozostawało jednak w sferze postanowień. Wszędzie słyszała szepty na swój temat, widziała, jak zupełni obcy ludzie wskazują ją sobie, czuła na sobie ich zaciekawiony wzrok. Mimo tego nie poddała się, wytrzymała do osiemnastej. Po zaję-ciach wstąpiła do Tesco, gdzie nikt nie zwracał na nią uwagi. Była tylko jednym z dziesiątek klientów robiących akurat zakupy. Kiedy stała na przystanku tramwajowym zaczęła się bać. Było jeszcze ciemniej niż wtedy. Tym razem nie słuchała muzyki, cała zamieniła się w słuch. Przez dwadzieścia minut, jakie dzieliły ją od przystanku, na którym wysiadała, siedziała spięta i skoncentrowana na tym, żeby nie okazywać stra-chu, jaki odczuwała. Nie mogła przejść koło parku. Wybrała dłuższą drogę jasno oświetlonym chodnikiem wzdłuż jezdni. Kiedy jedna z lamp zaczęła mrugać ostrzegawczo, omal nie puściła się biegiem. Zdołała się opanować i doszła wreszcie do klatki. Drżącymi rękami przewracała wszystkie rzeczy w torebce w poszukiwaniu kluczy. Z trudem trafiła w zamek. Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi windy, powoli się uspokoiła. To była terapia wstrząsowa. Zostawiła zakupy w kuchni, weszła do pokoju i włączyła muzykę. Ciężkie akordy gotyckiego rocka zagłuszyły wspomnienia i strach. Była u siebie, bezpieczna.
Policja nie trafiła na ślad gwałciciela. Nie znaleziono też portfela i dokumentów. Zatrzymano kilku podejrzanych, ale nie zgadzała się nawet grupa krwi. Mila długo jeszcze się bała. Wiedział, gdzie mieszkała, groził, że wróci. Każdy powrót po zmroku przypominał jej o tym, co się wydarzyło prawie pół roku wcześniej. Czy zaczęła wreszcie normalnie żyć? Uciekła w naukę, zaliczyła sesję zimową z dobrymi wynikami. Zapisała się koła naukowego, wybrała wiele przedmiotów dodatkowych, znalazła pracę na weekendy. Biegiem z jednego miejsca w drugie, od jednego zajęcia do kolejnego. To pozwalało jej nie myśleć, nie dawała sobie czasu na wspomnienia, na powrót do tego, co się wydarzyło. Jednak to, czego nie dopuszczała do siebie za dnia, wracało w snach, dlatego spała niewiele. Odzwyczaiła się. Stała się nocnym markiem. Do późna oglądała filmy, słuchała muzyki czytając książki czy przygotowując jakieś projekty na zajęcia. Ubierała się na czarno, rzadko znajdowała okazję do uśmiechu. Była jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Nie ukrywała widocznych jeszcze blizn pod grubą warstwą makijażu. Pogodziła się też ze swoim ciałem. Nie mogła go zamienić na inne. Jadąc tramwajem usłyszała rozmowę dwóch nastolatek: - On powiedziała, że mu się wcale nie podobam, a pocałował mnie, bo założył się z kolegami, że to zrobi. Upokorzył mnie przed wszystkimi. Teraz gapią się na mnie i wyśmiewają. Moje życie nie ma sensu... Na twarzy Mili pojawił się grymas podobny do uśmiechu. Chcia-łaby mieć takie problemy.
|
||||
![]() |
![]() |
||||
|
|
|
|
|
|
|