menu
:: Strona główna
:: Cala ja
:: Opowiadania
:: Kocia galeria




Strona w sieci od
12 V 2005 r.






Ostatnia aktualizacja
12 XI 2009 r.





Zagłosuj na moją stronę:

Najlepsze

strony o literaturze - RANKING

Wszystko co zwiazane z pisarstwem

strony o literaturze i poezji

Decyzja

W kuchni panowało milczenie. Młody mężczyzna siedział przy stole. Twarz miał ukrytą w rękach. Matka postawiła przed nim talerz zupy, a potem zajęła krzesło naprzeciwko niego. Czekała.

Oboje siedzieli teraz nieruchomo w obskurnej kuchni wiejskiego domu. Słychać było jedynie bzyczenie much i ujadanie psa.

Kobieta była stara. Miała na sobie kwiecistą podomkę nie pierwszej czystości, a ciemna, pomarszczona skóra i zniszczone ręce mówiły wiele o jej życiu i pracy.

Mężczyzna był wyraźnie zrozpaczony. Toczył walkę z samym sobą. Nie mógł się zdobyć na rozmowę z matką. W końcu, nie spoglądając nawet na talerz z zupą, zrobił to, do czego dojrzewał od tak długiego czasu. - Musimy się stąd wyprowadzić. Wynajmiemy mieszkanie w mieście. Tak będzie lepiej - powiedział cichym, stłumionym głosem.

Kobieta przez długa chwilę wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Słowa syna z trudem do niej docierały.
- To przez nią. Przez tą wariatkę - rzuciła ostrym jak brzytwa głosem.

Chłopak przyjął to jak uderzenie biczem. Wybór między dwiema najważniejszymi w jego życiu kobietami był dla niego trudny. Zdecydował jednak, że musi zadbać o żonę. Pomóc jej. Zdawał sobie sprawę, że będzie musiał przez to cierpieć, jednak słowa matki i tak zabolały.
- Nie pozwolę na to. Wnuka mi na zmarnowanie weźmiesz. Dom rodzinny zostawisz starej matce i bratu pijakowi. Już i tak mnie ludzie we wsi palcami wytykają. I to wszystko przez nią. Śmieją mi się w oczy, że mam synową obłąkaną i że dzieci po niej będą takie same, że gospodarka przepadnie - mówiła władczym tonem.

Chłopak zacisnął ręce w pięści i ukrył pod stołem. Wiedział, że jest mężczyzną i że musi postawić na swoim.

Jednak matka czuła jego rozterki i uderzała swoimi słowami w najczulsze punkty. Bez odrobiny współczucia, czy nawet litości kontynuowała swój monolog.
- Jeszcze w dodatku zabić się chciała! Byłoby lepiej gdyby umarła. Mógłbyś wtedy znaleźć sobie normalną dziewczynę, co synów by ci rodziła i w polu robiła.
- Przestań mamo - przerwał jej w końcu. - Nie mów tak. Jest moją żona i w kościele przed Bogiem przysięgałem, że w zdrowiu i w chorobie jej nie opuszczę. Pamiętasz?

Matka spuściła oczy i zamyśliła się na chwilę. Wiedziała, że nie może się na ten temat spierać z synem. Była starą kobietą, żeby nie powiedzieć dewotą, dla której Kościół stał na pierwszym miejscu. Na swój wiejski sposób wiara była dla niej najważniejsza.

Chłopak wiedział, że przypominanie za każdym razem o ślubie kościelnym łagodziło trochę jej postawę.

Musiał mieć chwilę czasu, żeby pozbierać myśli. Jego żona spała teraz na górze. Przywiózł ją ze szpitala i położył do łóżka. Była słaba i nieobecna duchem.

Kilka dni temu połknęła całe opakowanie leków. Lekarze z trudnością ją odratowali. Zdarzyło się to pierwszy raz. Jednak jej wcześniejsze ataki...

Nie chciał o tym myśleć. Wolał mieć przed oczami obraz młodej, pięknej i roześmianej dziewczyny, którą poznał kilka lat temu. Nie wiedział, że jest chora. Ona też nie. To zaczęło się już po ślubie.

Słowa lekarza grzmiały mu jeszcze przez długi czas w uszach. Schizofrenia. To było dla niego wtedy równoznaczne z AIDS czy rakiem. Po prostu wyrok.

Bał się. Wiedział, że ją rani, ale nie potrafił się do niej zbliżyć. W końcu jednak w tajemnicy pojechał do lekarza i zapytał, czy z tym da się żyć. Zaczął też czytać ulotki i książki na temat tej choroby. Uspokoiło go to.

Kiedy urodziła dziecko, stojąc nad jego łóżeczkiem powtarzał jak zaklęcie „dwadzieścia procent, dwadzieścia procent...”. Takie szanse miał jego syn, żeby odziedziczyć chorobę po matce.

Z czasem bał się o swoją żonę coraz bardziej. Tu gdzie mieszkali nie było lekarza, który mógłby jej pomóc. Tutaj nie było nikogo, kto w ogóle chciałby jej podać rękę. Ludzie traktowali ją jak trędowatą. Wieś była mała i wszyscy wszystko wiedzieli. Jak na ironię nie pojmowali jednak istoty tej choroby. Myśleli, że tym można się zarazić jak grypą.

On próbował na początku tłumaczyć, przekonywać, ale w końcu zrozumiał, że zakorzenionej w tych ludziach niechęci do chorych psychicznie nigdy nawet nie złagodzi.
- Jak ty sobie to wyobrażasz? - przerwała ciszę stara kobieta. - Zostawisz ją w domu samą razem z dzieckiem? Przecież ona go nawet czasem nie poznaje. Nie pamięta o tym, żeby mu dać jeść, że trzeba go umyć, ubrać. Zmarnujesz dziecko. Wspomnisz jeszcze moje słowa.

Chłopak nie mógł zaprzeczyć. Widział jednak, że jest to tylko cząstka prawdy. Takie sytuacje zdarzały się rzadko i tylko w najgorszych okresach, kiedy jego żona traciła kontakt z otoczeniem.

Tak naprawdę synek był dla niej największym skarbem na świecie. Chroniła go przed każdym niebezpieczeństwem. I tym rzeczywistym, i tym wyimaginowanym.

Niedługo po porodzie zaczęła się u niej pojawiać kolejne niepokojące objawy. Paniczny strach nie pozwalał jej momentami funkcjonować. Cała swoją uwagę skupiała na dziecku i powtarzała, że musi je chronić.

Łamiącym się głosem błagała męża, żeby ją stamtąd zabrał, bo w tym domu grozi jej i dziecku ogromne niebezpieczeństwo.

Oboje ciężko znosili ostre fazy choroby. On wiedział, że musi być silny i gotowy na wszystko. Ona nocami zrywała się z łóżka i uciekała. Mówiła, że słyszy kroki, szmery, szepty, że oni przyjdą i zabiorą jej dziecko. Musiał jej szukać i chronić potem przed ludźmi z wioski, przed ich szyderstwami.

Z czasem przestał dobrze sypiać. Nocami czuwał nad żoną. Pilnował jej. Kiedy przychodziła faza remisji pozostawał czujny. Każdy szmer wyrywał go ze snu, każdy krzyk stawiał go w stan pełnej gotowości do działania.

To sprawiało, że wszystkie niezakłócone chorobą chwile, które spędzili razem były dla nich wielokrotnie cenniejsze i piękniejsze. Cieszyli się wtedy życiem jak para nastolatków.

Schizofrenia nie pozwalała jednak o sobie zapomnieć. Wracały lęki, otępienie... Jego żona ze źródłem niebezpieczeństwa uosabiała swoją teściową. Nie było to bezpodstawne. Stara kobieta nie znosiła jej i nie akceptowała. Na każdym kroku dawała jej odczuć, że nigdy nie będzie jej traktowała jak osobę normalną, czy jak członka rodziny.
- Powinieneś ją oddać do zakładu - powtórzyła po raz kolejny kobieta patrząc na syna.
- Nie - po raz pierwszy jego głos zabrzmiał zdumiewająco mocno. - Kocham ją i nic tego nie zmieni. Poza tym podjąłem już decyzję. Tutaj jej stanu nic nie poprawi, a już na pewno, jeżeli będziesz ją zamykać w pokoju - rzucił z wyrzutem i goryczą w głosie.
- Ona jest niebezpieczna! - próbowała bronić swojego postępowania kobieta. - Mówi, że słyszy głosy, że ja chcę ją zabić!
- Nie mamo, to nie jest jej wina, tylko twoja - powiedział chłodnym i nadal pełnym goryczy głosem. - Ona jest dobra i nie pozwolę, żebyś ją dalej krzywdziła.
- Ale ja chcę dobrze. Dobrze dla ciebie. Masz dopiero dwadzieścia sześć lat. Nie marnuj sobie życia. Co będzie z gospodarką?

Gospodarka była jego przekleństwem. Jego teściowie wiedząc już o chorobie córki i widząc, że jest jej źle na wsi, zaproponowali, że zabiorą ich do siebie. Mieli duże trzypokojowe mieszkanie blisko centrum miasta. Jednak on odmówił. Wiedział, że musi się zająć ojcowizną.

Zbyt późno zrozumiał swój błąd. Zmusił żonę do życia w środowisku, które ją odrzuciło. Na początku było dobrze. Pracowała na pół etatu w mieście, dojeżdżała sama samochodem, starała się pomagać w domu.

Kiedy zaszła w ciąże straciła pracę. Straciła też kontakt z ludźmi, bo tutaj we wsi nikt nie chciał z nią rozmawiać. Potem było już tylko gorzej.

Chłopak wiedział doskonale, że gdyby się wyprowadzili, to jej stan psychiczny nie byłby tak zły jak teraz. Obwiniał siebie i myśl o ucieczce z tego miejsca była dla niego jedyną nadzieją, chociaż zdawał sobie przecież sprawę, że schizofrenia rządzi się swoimi prawami.

Dopiero jej próba samobójcza wyzwoliła w nim od dawna skrywane pokłady energii i zdecydowania. Kiedyś poświęcił żonę dla gospodarki, teraz poświęcił wszystko dla żony. Podjął decyzję. Nic nie mogło go już powstrzymać.
- Przykro mi mamo. Wszystko jest już załatwione. Do końca tygodnia się wyprowadzimy - powiedział i wstał od stołu.

Stara kobieta była zaskoczona jego słowami. Myślała, że to będzie tylko kolejna nieudolna próba, że znowu chciał ją nastraszyć swoim odejściem. Przecież już wcześniej zdarzały się awantury i padały słowa, których nie rzuca się na wiatr.

Nie wierzyła, że jej syn może być do tego zdolny, że wystąpi przeciwko własnej matce. Żałowała, że jej mąż już nie żył. On potrafiłby przemówić mu do rozsądku. Przecież poświeciła całe życiu gospodarce, a teraz w imię głupiej miłości do obłąkanej kobiety wszystko miało przepaść. - Nie dostaniesz ode mnie ani gorsza. Ani teraz, ani po mojej śmierci - rzuciła ze złością w kierunku jego oddalających się pleców.

Zatrzymał się, ale po chwili poszedł dalej w stronę schodów na piętro. Wytrzymał kolejne uderzenie bicza, ale nie ukrywał, że zabolało. Po jego policzkach spokojnie płynęły łzy. Teraz już nie mógł się przecież wycofać.

Nie rozmawiał jeszcze o tym wszystkim z żoną. W szpitalu nie chciał. Kiedy ją stamtąd zabierał był nieobecna duchem. Wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w drogę i nie odezwała się ani słowem. Wiedział, że nie chciała wracać do domu. Do takiego domu.

Teraz usiądzie obok niej. Dotknie jej ślicznych, czarnych włosów, weźmie ją za rękę i poczeka aż się obudzi. Oczami wyobraźni widział, jak się do niego uśmiecha. To właśnie w tym uśmiechu zakochał się kilka lat temu.

Potem pocałuje ją delikatnie w usta i powie o wszystkim. Już nie będzie się musiała bać. Ani o siebie, ani o synka.

Mieszkanie było wynajęte, czekało tylko aż się wprowadzą. Wiedział, że musi zapewnić żonie i dziecku najlepsza możliwą opiekę. Sprawdził dokładnie okolicę. W pobliżu był żłobek i przedszkole oraz poradnia zdrowia psychicznego.

Pomogli mu jej rodzice. Obiecali dokładać do mieszkania i odwiedzać ich tak często, jak to będzie tylko możliwe. Powiedzieli, że spróbują znaleźć jej pracę.

Patrząc na żonę uśmiechał się. Wiedział, że teraz już wszystko ułoży się dobrze. Ona będzie miała zapewnioną terapię, zamieszka wśród ludzi, którzy nie boją się jej choroby, przestanie wreszcie żyć schizofrenią, a zacznie żyć z nią.

A on? On będzie wreszcie spokojny i szczęśliwy wiedząc, że podjął właściwą decyzję i zrobił wszystko dla kobiety, która kocha.

Copyright by czarrna
2005-2009