![]() |
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
![]() |
|||||
|
|
|||||
|
menu :: Strona główna :: Cala ja :: Opowiadania :: Kocia galeria
Strona w sieci od 12 V 2005 r.
|
Marlena wróciła do domu, ale myślami nadal była w pracy. W szpitalu. Na oddziale onkologicznym. Codziennie postanawiała, że wychodząc na parking i wsiadając do samochodu, wymaże z pamięci karty pacjentów i zastąpi je obrazem domu, męża i dwójki dzieci. Jeszcze nigdy się jej to nie udało. Przynajmniej nie w drodze przez zakorkowane Śródmieście. Nie w czasie parkowania w garażu. Nie, przygotowując obiad. Gdy pojawiały się dzieci, zajmowała się ich problemami, lekcjami. Była szczęśliwą matką przedszkolaka i uczennicy klasy piątej. Jednak kiedy dzieci leżały już w łóżkach, siadała przy biurku, włączała laptopa i zagłębiała się w wirtualny świat składający się z dawców, biorców, darczyńców i eksperymentalnych technik leczenia. Znowu była lekarzem walczącym o życie.
Opowiedziała o dwudziestojednoletniej dziewczynie, która również czekała na przeszczep. Rok wcześniej wykryto u niej białaczkę. Pierwsza chemia przyniosła poprawę, lecz na krótko. Nie było zgodności z rodzicami, nie miała innych bliskich krewnych. W rejestrze dawców nie znaleziono nikogo pasującego, a okazało się, że przeczep to jej jedyna szansa. Chemioterapia łagodziła tylko na jakiś czas przebieg choroby, wycieńczając przy okazji dziewczynę, która do tej pory dzielnie wszystko znosiła.
Marek nie uznał za stosowne odpowiadać. Pociągnął łyk drinka i zatopił wzrok w oczach żony. Zadawała mu to samo pytanie już wielokrotnie. Nie rozumiał raka, chemii. Był ekonomistą. Rozumiał statystyki. A te zawsze przemawiały na niekorzyść Marleny i jej pacjentów. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Chociaż czasami.
Agata i Mariusz niecierpliwie wiercili się na twardych krzesłach. Patrycja spoglądała na nich znad okularów. Podobali jej się. Od razu wiedziała, że będą dobrymi rodzicami. Młodzi. Pracujący. Mieszkanie. Samochód. Ona była bezpłodna. Chcieli dzielić się swoją miłością z dzieckiem, a nie tracić nadzieję na kolejnych etapach leczenia. Zdecydowali się, a teraz zdecydowano, że się nadają.
Po załatwieniu wszystkich formalności młodzi rodzice opuścili biuro, a na twarzy Patrycji pojawił się gorzki uśmiech. Cieszyła się, że niemowlak, córeczka licealistki, tak szybko znalazła dom, jednak wiedziała, że sukces, to znalezienie domu dla kilkulatka. Kilkunastolatkowie nie mieli już prawie żadnych szans na adopcję. Dlaczego idealni kandydaci na rodziców w większości zastrzegali, że chcą dziecko, które ma co najwyżej kilkanaście miesięcy? Dlatego faktu, że dokumenty, które zgarniała właśnie do teczki, były już podpisane, nie uznała za sukces. Mała była jeszcze w szpitalu. Nie trafi nigdy do domu małego dziecka. Ta młoda para da jej wszystko, czego będzie potrzebowała, żeby stać się kobietą i matką. Nie, to nie był sukces - pomyślała jeszcze raz Patrycja. Sukcesem byłoby znaleźć dom dla czternastoletniej Dominiki, która straciła rodziców w wypadku, albo dla sześcioletniego Alberta, którego babcia nie dawała już sobie rady z wychowaniem, a matka i ojciec wyjechali do Irlandii i nie dawali znaku życia, albo dla Ani, dziewięciolatki, którą ojciec bił tak samo jak swoją żonę i być może wykorzystywał. To było proste. To była formalność. Jednak z westchnieniem ulgi odha-czyła akta i odłożyła na półkę.
Ala łkała w poduszkę. Sebastian wyszedł, trzaskając drzwiami. Cały czas słyszała w głowie słowa, które rzucił na pożegnanie. Dopóki nie załatwisz tego problemu, możesz nie pokazywać mi się na oczy. Problem istniał już od trzech miesięcy, miał więc już rączki i nóżki. Był małym człowieczkiem, który pojawił się za wcześnie. I jak się okazało z nieodpowiednim mężczyzną. Sebastian studiował wychowanie fizyczne. Poznali się na imprezie u wspólnej znajomej. Był przystojny, błyskotliwy. Miał własne mieszkanie i samochód. Alicja chodziła do dobrego liceum. Starsza siostra była już po studiach i mieszkała z mężem. Rodzice dbali o córki, kochali je, ale i wiele wymagali. Dlatego najpierw o dziecku dowiedział się Sebastian. Myślała, że razem z nim będzie jej łatwiej stawić czoła matce. Teraz jednak została sama ze świadomością, że dziecko musi się urodzić. Tego chciała. Bez względu na wszystko. Żadne rozwiązywanie problemów nie wchodziło w grę, więc mogła zapomnieć o chłopaku. Może to przemyśli i wróci... - przemykało co jakiś czas w jej myślach, jednak znała już Sebastiana na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie szukał on zobowiązań. Surowa, konserwatywna i dbająca o porządek i dyscyplinę w domu matka stanowiła trudnego partnera do zwierzeń. Ala chciała mieć to już za sobą. Nie mogła dłużej zwlekać.
Weszła do gabinetu matki i usiała na krześle. Oczy nosiły jeszcze ślady łez.
Bogusia wypuściła trzymane w ręce papiery i spojrzała na córkę z niedo-wierzaniem. W jednej chwili w jej głowie pojawiły się setki pytań. Stłumiła narastającą złość i przyjrzała się kompletnie złamanej psychicznie Alicji. W pokoju panowała cisza przerywana tylko szlochami dziewczyny. Wiedziała, co jest słuszne, ale to było takie trudne...
Ostry, wyzuty z emocji głos matki ranił boleśniej niż wykrzyczane w gniewie obelgi. Urodzić. Oddać. Te dwa słowa kołatały się w jej głowie. Matka była w gruncie rzeczy dobra, była porządna kobietą. Nie można się jej było sprzeciwiać. Skoro tak postanowiła, to znaczy, że tak było dobrze.
- Kochanie wróciłem! - głos Krystiana rozległ się w domu. Alicja usłyszała go aż w ogrodzie. Miał wrócić z pracy późnym wieczorem. Tym razem nie cieszyła się z niespodzianki. Chciała mieć czas dla siebie. Potrzebowała kilku chwil do namysłu. Wiedziała, że musi mu powiedzieć. Nie zostało jej nic innego jak zrzucić z siebie ten ciężar tak jak dwadzieścia jeden lat wcześniej. Tyle, że wtedy spoglądała w surowe oblicze matki, a teraz miała przed sobą kochającego człowieka, który był dla nie zawsze partnerem w chwilach szczęścia i podporą, gdy przychodziły troski. Siedziała na huśtawce w ogrodzie i czekała aż do niej przyjdzie. Chwile, które usiłowała wyrzucić z pamięci przez te wszystkie lata, teraz gdy chciała je odtworzyć powracały niewyraźne i pourywane. Pamiętała ból. Ból porodu, o którym wiedziała tylko ona, rodzice i siostra. Matka okazała się rzeczywiście dobra. Okryła wszystko tajemnicą. Tak szczelnie, że w chwili narodzin dziecka Alicja nawet go nie ujrzała. Usłyszała tylko płacz, a potem odpłynęła pod wpływem środków uspokajających. Aż do dzisiaj nie wiedziała, czy ma córkę, czy syna. Pamiętała, że dziecko poruszało się w jej brzuchu. Czytała mu i puszczała muzykę. Głaskała, gdy było niespokojne. Kochała je tak silna macierzyńska miłością do jakiej tylko zdolna jest siedemnastolatka. Być może chciała je obdarzyć tym uczuciem na zapas. Na całe życie. Wiedziała już, że ma córkę. Zdolną, inteligentną. Która trafiła do dobrej rodziny i otrzymała wszystko, na co tylko zasłużyła. Krystian usiadł obok zaniepokojony. Spojrzał w oczy żony.
Agata spoglądała na śpiącą córkę ze łzami w oczach. Prosto z pracy przyjechała do szpitala, żeby chociaż przez chwilę z nią być. Tak bardzo chciała pomóc, a nie mogła nic. Znowu żadnych dobry wieści. Było coraz gorzej. Brak nadziei na dawcę i słabnąca z każdym dniem Dagmara. Serce nie wytrzymywało już chemii. Ziemistoblada skóra pokrywała wychudzone ciało. Sine powieki skrywały niegdyś roziskrzone błękitne oczy. Pokryte śladami po wkłuciach ręce były zimne. Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na matkę. Nie miała nawet siły, żeby uścisnąć jej dłoń i obetrzeć łzy. Kolejna seria chemii przyprowadziła ją na skraj wy-trzymałości. Zmagała się z bólem, nudnościami, gorączką, zawrotami głowy, chociaż wcale nie miała na to siły. Na początku uwierzyła w entuzjazm lekarzy. Wszystko będzie dobrze. Jesteś młoda, silna. Pokonasz raka. - mówili. To było zaledwie rok temu. Remisja trwała tylko kilka miesięcy. Potem choroba zaatakowała ze zdwojoną siłą. Pozbawiła Dagę resztek odporności, nadwyrężyła serce i nerki i już od prawie pół roku skutecznie przykuwała do szpitalnego łóżka. Nie czekała już na cud. Chciała wreszcie przestać cierpieć.
Mieli tylko ją, a teraz miała odejść. Nie potrafili o nią walczyć. Na przeszko-dzie do ocalenia stała biologiczna bariera, której nie dało się ominąć. Gdyby byli jej praw-dziwymi rodzicami, może mogliby ją uratować. Nie miała ich krwi, ich genów. Nic nie mogli zrobić. Czekanie dawało złudną nadzieję. Może za godzinę, dzień, tydzień znajdzie się ktoś pasujący. Tylko ile takich chwil wytrzyma jeszcze Dagmara? Agata mogła tylko starać się jakoś uprzyjemnić czas spędzany w szpitalnej samotni. Sama już nie wiedziała, co robić. Miała jednak nadzieję. Istniała jeszcze szansa. Tylko czy realna?
Jedna ręką ścisnęła dłoń córki, a druga głaskała ją po policzkach. Daga wpa-trywała się w sufit, usiłując stłumić w sobie smutek. Wiedziała, że jest coraz gorzej, ale potwierdzenie najgorszych przypuszczeń zawsze jest zaskoczeniem. Agata siedziała przy córce, dopóki ta nie zapadła w płytki, niespokojny sen. Doktor Kordeckiej już nie było na oddziale, więc rozmowę odłożyła na następny dzień. Postanowiła się zwolnić wcześniej z pracy, żeby zastać lekarkę i wyjawić zamiary, którym sprzeciwiała się Dagmara. Nie potrafili zgodzić się z jej wolą. Skoro istniała jakakolwiek szansa, to musieli ją wykorzystać.
Alicja przebrnęła już przez najtrudniejszą część opowieści, dotyczącą prze-szłości. Krystian nic nie mówił. Spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami i wyglądał jakby się chciał wreszcie obudzić z niemiłego snu. W ogrodzie zapanowała cisza. Mimo wszystko to była łatwiejsza część rozmowy. Ala wielokrotnie przeprowadzała ja w myślach na różne sposoby i obmyśliła wszelkie możliwe reakcje ze strony męża. Nie to, żeby miała zamiar mu kiedyś o tym powiedzieć. Po prostu czasem wspomnienia wracały i odczuwała potrzebę podzielenia się największą tajemnicą swojej przeszłości z ukochanym człowiekiem. Jednak kiedy emocje wygasały, porzucała te myśli, sądząc, że nie warto psuć tego co jest. Wiele razy myślała o tym, że porzucone dziecko zechce odszukać matkę. Przecież zdarzały się takie przypadki. W telewizji często się o tym słyszało przy okazji jakichś opowieści z życia czy filmów dokumentalnych. Dlatego przygotowywała się i na taka okazję. Wiedziała, że najpierw powinien dowiedzieć się Krystian. Gdyby zdarzyła się taka sytuacja, chciałaby ją wykorzystać i poznać córkę, ale tylko w wypadku, gdyby on nie miał nic przeciwko. Teraz też liczyła na jego pomoc w podjęciu decyzji. Czuła, że może stawić czoła przeszłości i stanąć oko w oko z porzuconym dzieckiem, bo nie miała sobie nic do zarzucenia. Podporządkowała się woli matki i oddała noworodka, nie walczyła, by móc go zatrzymać przy sobie, jednak czy mogła? Wiedziała aż za dobrze, jak postąpiłaby matka. Wyrzuciłaby ja z domu. Siostra też nie mogłaby jej przyjąć, musiałaby iść do schroniska, tułać się z niemowlakiem, któremu nie mogłaby zapewnić dachu nad głową i pewnie w efekcie też by go porzuciła, tylko że wtedy mogłoby już być za późno. Dlatego uważała, że postąpiła słusznie, że inaczej nie mogło być i że nie jest niczemu winna. Nieme rozliczanie z przeszłością przerwał Krystian, który otrząsnął się już z pierwszego szoku.
Łzy napłynęła do oczu Alicji, gdy wspomniała słowa urzędniczki, która po-wiedziała, że córka w żadnym wypadku nie zgodziła się odnalezienie biologicznej matki. W mniemaniu Patrycji Marczak był to jeden z argumentów mających skłonić Alicję do podjęcia pozytywnej decyzji. Wszyscy zachowaliby anonimowość, żadna z rodzin nie rościłaby do siebie żadnych praw, a dziewczyna mogła się nigdy o wszystkim nie dowiedzieć skoro nie życzyła sobie tego. Jednak dla Alicji był to cios. Skoro Daga był tak zdeterminowana, żeby nie mieć z nią nic wspólnego, to znaczy że powinna jednak czuć się winna. Że unieszczęśliwiła to biedne dziecko, że o nie nie walczyła. Że poddała się i poszła na łatwiznę wybierając drogę wyznaczona przez matkę. Budowana przez dwadzieścia lat iluzja rozsypała się w ciągu jednej rozmowy.
Alicja podniosła wzrok i spojrzała Krystianowi w oczy. Co miał na myśli? Czy to, że nawet nie spróbowałam przeciwstawić się matce, bo z góry założyłam, jaka będzie jej reakcja, czy to, że mu o niczym nie powiedziałam?
Ciemność rozjaśniało tylko blade światło zawieszonej na ścianie lampki i poświata bijąca od monitorów ustawionych obok łóżka. Daga z trudem otworzyła oczy. To nie był sen - pomyślała. Leżała przez chwilę nieruchomo, usiłując wyrzucić z pamięci obraz tego, co się niedawno wydarzyło. Tak bardzo chciała, aby to wszystko było tylko koszmarnym snem. Rurka w gardle. Kilka kroplówek. EKG alarmujące, że jej serce słabnie. Po bladych, zapadniętych policzkach popłynęły łzy. Przykuta do łóżka przez ból i niemoc już kilkakrotnie chciała podpisać oświadczenie o odmowie reanimacji, jednak nie zrobiła tego. Dlaczego? Czyżby jednak chciała żyć? Czy miała nadzieję, że znajdzie się dawca, albo stanie się cud? Czuła, że jest to winna rodzicom. Na swój sposób bardzo ja kochali, teraz może nawet bardziej. Przywieźli ją ze szpitala do przytulnego pokoiku, położyli w łóżeczku i przykryli beżową kołderką w misie. Wdziała to na zdjęciach. Dokumentowali każdy mo-ment jej życia. Może w ten sposób chcieli wynagrodzić to, że została porzucona. Zamiast biologicznych rodziców mogła poznać siebie od pierwszego momentu, w jakim znalazła się razem z nimi. Kiedy miała piętnaście lat usiedli wszyscy razem na kanapie i Agata opo-wiedziała o tym, że okazało się, że jest bezpłodna, więc zaczęli się starać o adopcję. I wtedy pojawiłaś się ty. Miałaś kilka tygodni, kiedy okazało się, że możemy cię zabrać do siebie. To było jak dar z nieba. Daga przyjęła tę wiadomość spokojnie. Zapytała, czy wiedzą coś o jej matce, a potem zabrała albumy ze zdjęciami i zamknęła się w swoim pokoju. Przez jakiś czas czuła się nieswojo. Unikała czułości ze strony rodziców, ale szybko wszystko wróciło do normy. Przecież Agata i Mariusz to mama i tata. Tu, na tym zdjęciu jestem jeszcze w szpitalu, a już Agata trzyma mnie na rękach, a ja śpię. Nie płaczę. Byłam z nimi od zawsze. To oni mnie mieli od samego początku, a nie jakaś obca kobieta... Dziewczyna. Przecież była tylko dwa lata starsza ode mnie, gdy się urodziłam. Dagmara była bardzo skryta i nawet jeśli przeżyła głębiej tę wiadomość, to tego po sobie nie pokazała. Była wdzięczna rodzicom, za to, że powiedzieli jej o wszystkim. Czasami zastanawiała się, co by było gdyby... Myślała, jaka była tamta, obca matka. Jednak nie zaprzątało to nigdy zbytnio jej uwagi. Potrafiła docenić dar, który otrzymała od losu. Spokojny dom, w którym się wychowała, rodziców, którzy byli przy niej, gdy czegoś potrzebowała. Teraz była na studiach. Dostała się na wymarzoną architekturę wnętrz. Rok temu poznała nawet chłopaka. Miał na imię Patryk. A potem okazało się, że jest chora... Nikt by się nie spodziewał, ile wysiłku może kosztować odnalezienie i naciśnięcie przycisku przywołującego pielęgniarkę. Właśnie dlatego Daga już się poddała. Skoro nie mogła sama zrobić najprostszej rzeczy, to co to było za życie? Pojawiła się doktor Kordecka w towarzystwie pielęgniarki. Obie w fartu-chach i maskach. Dziewczyna widziała tylko zatroskane oczy lekarki. Kiedy wyjęły rurkę intubacyjną, Daga zaczęła się dusić. Maska tlenowa pomogła jej oddychać. Jeszcze tylko jakiś zastrzyk, kontrola parametrów i pełne żalu spojrzenie.
Marlena usiała przy łóżku i obtarła łzy, spływające po policzkach dziew-czyny. Powinna powiedzieć, że będzie dobrze, lepiej, ale nie potrafiła. Nie umiała okłamy-wać pacjentów. Jeśli chciała uniknąć przekazywania bardzo złych wieści, to przynajmniej starała się znaleźć jakikolwiek pozytywny akcent, jakąś optymistyczna prognozę. W tym wypadku nie potrafiła. Dwa dni wcześniej rozmawiała z matką Dagmary. Dowiedziała się całej prawdy. Wyjaśnił się całkowity brak zgodności. Pojawiła się nadzieja, bo biologiczna matka zgodziła się przebadać. Po wstępnych badaniach okazało się, że młodsza córka może być dawcą. Marlena podziwiała kobietę za odwagę. Obie rodziny kontaktowały się za pośrednictwem urzędników ośrodka adopcyjnego. Miało to zapewnić anonimowość stron i ułatwić podjęcie decyzji, która i tak musiała byś rewolucją w spokojnym życiu kobiety, mającej teraz męża i dwójkę dzieci. Bardzo trudno wraca się do błędów z przeszłości, a jednak biologiczna matka odważyła się na to i postanowiła ratować życie niewidzianej nigdy córki, nawet za cenę zburzenia rodzinnej sielanki. Teraz rolę urzędników przejęli lekarze. Niestety mogło się okazać, że jest za późno, że organizm Dagmary jest już zbyt słaby. Dziewczyna powinna przejść teraz bardzo agresywną chemioterapie połączoną z naświetlaniami, jednak w obecnym stanie nie mogło być o tym mowy. Pierwsza dawka chemii najprawdopodobniej zatrzymałaby serce. Ostatni tydzień spędziła na oddziale intensywnej terapii i w tym czasie musieli ją czterokrotnie reanimować. Marlena siedziała przy łóżku obserwując wykres EKG. Wspominała pierwsze spotkanie z Dagą. Po zdiagnozowaniu ostrej białaczki szpikowej dziewczyna trafiła pod jej opiekę. Była cicha i skryta, jednak od razu wyczuwało się ogromną odwagę i siłę charakteru. Walczyła od pierwszego dnia. Nie załamywała się widząc kolejne efekty chemii. Wierzyła, że będzie lepiej. Wierzyła do momentu, w którym druga seria chemii indukcyjnej zawiodła i nie przyniosła remisji.
- Klaudia, co się dzieje z Dagą? Nie odbiera moich telefonów. - Patryk spojrzał z nadzieją na siostrę i czekał na odpowiedź. - Nie wiem. Nie pojawiła się na uczeni od ponad dwóch tygodni. - Znowu zniknęła. Tak jak cztery miesiące temu. Dlaczego? - Widocznie ma powody. Może źle ulokowałeś swoje uczucia braciszku? Wiesz dobrze, że ją lubię i nawet się cieszyłam, że przypadliście sobie do gustu, ale ona jest bardzo skryta i tajemnicza. Nie potrafię ci doradzić. - Spróbuj się z nią skontaktować. Może z tobą będzie chciała rozmawiać. Prze-cież jesteście dobrymi koleżankami. - Próbowałam... - I nic mi nie powiedziałaś?! - W głosie Patryka było więcej żalu niż złości. Martwił się. Klaudia zamilkła. Nie miała pojęcia, co mu odpowiedzieć. Znała go od dwudziestu lat, wiedziała, że nie da za wygraną. W końcu to on był tym starszym, rozsądniejszym i bardziej upartym.
Jak mam mu powiedzieć o rozmowie sprzed dwóch dni, kiedy zapłakana Dagmara powiedziała przez telefon, żeby Patryk dał sobie spokój i zapomniał? Nie powinna tego tak załatwiać i zwalać wszystkiego na mnie, ale widocznie ma powody. Nie wiem, co się z nią dzieje, ale wykładowcy od jakiegoś czasu bardzo łaskawie traktują jej mnożące się nieobecności. Ma zwolnienia lekarskie, ale z jakiego powodu? Zawsze wyglądała jak okaz zdrowia.
Patryk zamilkł po tych słowach i zasępił się. Siostra miała rację, nie powinien wchodzić z butami w jej życie. Zwłaszcza, że nic o nim nie wiedział. Spotykali się od pięciu miesięcy, a mimo to nadal była dla niego zagadką.
Agata nie mogła zasnąć. Po ostatniej wizycie w szpitalu załamała się. Mariusz po powrocie do domu nie odezwał się ani słowem i znikł na cały wieczór w garażu, chociaż ich samochód nie wymagał naprawy. Co by było, gdyby wcześniej odnaleźli tamtą kobietę? Gdyby nie zważali na słowa Dagmary, na jej sprzeciw i od razu poprosili urzędniczkę o kontakt? Uszanowali wolę córki, kiedy powiedziała, że nie chce mieć z tą kobietą nic wspólnego, że ma dom, ułożone życie i chce, żeby tak pozostało. Teraz jednak okazało się, że może być za późno na przeczep. Właśnie w momencie, kiedy odnaleźli biologiczna matkę, która zgodziła się przebadać razem z dwiema córkami. Daga gasła. Jej serce stanęło wczoraj po raz kolejny. Reanimacja przyniosła skutek, jednak czy następnym razem też tak będzie? Gdyby nie zwlekali... Teraz, kiedy usłyszała od doktór Terleckiej, że do przeszczepu potrzebna jest remisja, poprawa, siła i kiedy spojrzała na półprzytomną córkę, zaczęła się w duszy przygotowywać na pożegnanie. Agata czuła się winna. Mariusz też. Na adopcję zdecydowali się prawie od razu. Byli młodzi i chcieli mieć dziecko. Chcieli dzielić z kimś życie, starać się, pracować, zabiegać z myślą o kimś. Tym kimś okazała się Dagmara. Pojechali do szpitala. Była ślicznym, kilkutygodniowym bobasem. Zakochali się w niej od razu. Urządzili pokoik. Kupili masę rzeczy i w końcu przywieźli ją do domu. Z czasem okazało się jednak, że nie potrafili jej kochać. Nie potrafili obu-dzić w swoich sercach miłości do obcego dziecka. Byli ciepli, życzliwi, serdeczni, jednak traktowali dziewczynkę, jakby była przyjaciółką, która odwiedziła ich córkę. Chcieli dla niej jak najlepiej, zabiegali o to, żeby niczego jej nie brakowało, jednak z dobroci, nie miłości. A teraz mieli ją stracić. Ich jedyne dziecko. Agata czuła się, jakby jej serce miało zaraz pęknąć z żalu. Nie panowała nad swoimi emocjami. Głośny szloch obudził Mariusza. Przytulił żonę.
Agata spojrzała załzawionymi oczami na męża. Dostrzegła zmianę, jaka w nim zaszła. Wierzył, że tak się może stać, więc ona też powinna. Musiała znaleźć w sobie siłę. Była przecież matką.
- Tylko proszę jej nie męczyć. Jest bardzo słaba. - Dobrze - zapewnił po raz kolejny zniecierpliwiony Patryk i ubrany niczym w zbroję przekroczył próg izolatki. Długo musiał walczyć o pozwolenie na wizytę, ale w końcu się udało. Z bólem w sercu wspominał telefon od Klaudii. Po ponad pół roku, znajdując się na drugim końcu Europy, usłyszał, że Dagmara jest ciężko chora i natychmiast przyleciał do kraju. Po jej zniknięciu posłuchał siostry i uszanował sposób, w jaki postąpiła dziewczyna, z którą chciał spędzić życie. Skończył budownictwo na politechnice i wyjechał do Hiszpanii na kontrakt. Chciał jeszcze dalej, ale ta oferta była najkorzystniejsza. Uciekł od miłości, która nie dawała mu żyć. I nagle, kilka dni temu zadzwoniła siostra. Musze ci coś powiedzieć, ale obiecaj, że nie zrobisz niczego głupiego. Spotkałam wczoraj na ulicy zapłakana matkę Dagi. Pamiętała mnie, kiedyś przecież często bywałam w ich domu. Zapytałam, co się dzieje. Spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała, co do niej mówię i powiedziała: Daga ma białaczkę. Umiera. Patryk, jesteś tam?! Tym czymś głupim miało być chyba rzucenie wszystkiego i zjawienie się następnego dnia w domu. Musiał ją zobaczyć. Z dnia na dzień zerwała z nim wszelki kontakt. Starał się to zrozumieć. Teraz jednak, kiedy znał już tajemnicę, którą przed nim ukrywała, wszystko stało się jasne. Wszedł do białego, niewielkiego pomieszczenia wypełnionego aparaturą medyczną. Spojrzał na dziewczynę leżącą w łóżku i w pierwszej chwili przestraszył się. Na głowie miała zawiązaną czarną chustkę, która mocno kontrastowała z bladą skórą. Podkrążone, zapadnięte oczy były zwrócone w przeciwnym kierunku. Nawet nie spojrzała, kto wszedł. Była pewna, że pielęgniarka. Rozmawiał z jej rodzicami. Nie chcieli mu nic powiedzieć, nie był w końcu członkiem rodziny. Widzieli go zaledwie parę razy. Jednak Agata przypomniała sobie jak bardzo córka przeżyła drugą chemię i brak rezultatów, jak się załamała i odcięła od świata. Teraz już wiedziała, dlaczego. Daga była pod wpływem dużych dawek morfiny. Nowa kombinacja leków przyniosła poprawę i zapowiedź remisji, tak niezbędnej do przeszczepu. Pojawiła się iskierka nadziei, jednak i ogromne ryzyko związane z konsekwencjami agresywnego leczenia.
Spojrzała w jego stronę. Nic nie powiedziała. Po policzkach obojga popłynęły łzy. Usiadł przy łóżku i przytulił jej dłoń do twarzy.
Brakowało mu słów. Tak bardzo chciał ją przytulić, pocałować, mieć blisko siebie, jednak sterylne warunki mu na nic nie pozwalały. Cieszył się, że mógł ją cho-ciaż zobaczyć i dotknąć.
Uśmiechnęła się. Znalazła w sobie siłę na uśmiech. Pielęgniarka, która weszła, aby wyprosić już gościa, kiedy to zobaczyła, wycofała się cicho.
Alicja powiedziała córkom, że przebadają się wszyscy, bo potrzebny jest szpik dla dalekiej kuzynki. Kiedy okazało się, że dwunastoletnia Marcelina może być dawcą miała mieszane uczucia. Z jednak strony cieszyła się, jednak będzie mogła pomóc i jakoś wynagrodzić to, że oddała dziecko, a drugiej nie chciała narażać swojej córki na żadne ryzyko. Dlaczego Marcela miała płacić za błędy matki? Zresztą Alicja nadal nie traktowała swojego postępowania w katego-riach błędu. Być może związek z Sebastianem i brak ostrożności były błędem, ale oddanie dziecka było już koniecznością. Kiedy skontaktowała się z lekarzami w sprawie ustalenia szczegółów związanych z zabiegiem, usłyszała, że stan Dagmary jest zbyt zły, aby można było na razie mówić o przeszczepie. Trzeba było czekać. Alicja nie jadła, nie spała po nocach, chodziła jak struta i zaczęła się obwiniać. Krystian chciał jej pomóc, odwrócić uwagę od tych spraw, sprawić, żeby skupiła się rodzinie, o którą powinna dbać, jednak to nie pomagało. Musiała się uporać z przeszłością. Nie mogła jechać odwiedzić córki. Z tego, co wiedziała, rodzice nie wyrażaliby zapewne sprzeciwu, jednak sama Dagmara tego nie chciała, a narażanie walczącej o życie dziewczyny na tak ogromne emocje mogło się skończyć tragicznie. Zrobiła więc coś innego. Odnalazła stare zdjęcia, na których była z Seba-stianem, wybrała jej zdaniem najlepsze, potem przejrzała albumy i wzięła jedno swoje i jedno z dziewczynkami, a potem napisała długi list. Zawarła w nim wszystko, począwszy od poznania ojca Dagi, po wiadomość o jej chorobie. Nic więcej nie mogła na razie zrobić. Postanowiła skontaktować się z urzędniczką, przekazać jej kopertę i poprosić o przekazanie rodzicom córki, aby ci zdecydowali, czy dać ją Dagmarze. Przez dwadzieścia jeden lat była nieobecna w życiu tej trójki, więc nie chciała stawać się jego częścią na siłę. Miała tylko nadzieję, ogromną nadzieję, że nie spotkają się na pogrzebie.
|
||||
![]() |
![]() |
||||
|
|
|
|
|
|
|
| Copyright by czarrna 2005-2009 | |||||